wtorek, 19 stycznia 2016

Cuatro

Ot­wieram no­wy etap w swoim życiu, tak jak­by no­we drzwi na świat, tyl­ko to­bie za­mykam je przed no­sem...dzięki za wszys­tko, zaczy­nam swoją bajkę, w której na egoizm nie ma miejsca. 


Stałam na boisku rozmawiając z Ignacio na temat Leo, który w ostatnim meczu doznał kontuzji. Chciałam jak najszybciej zacząć rehabilitację, aby wyrobić się przed el Clásico. Dyskutowaliśmy na temat metod leczenia oraz przewidywanych terminów jego rozpoczęcia i zakończenia. Niespodziewanie poczułam jak ktoś przytula moje plecy. Obróciłam się do tyłu. Byłam trochę przerażona przypominając sobie, kogo mogę tu spotkać, jednak moje obawy się nie potwierdziły. Powitał mnie szeroki uśmiech, ten numer siedem oraz buziak w policzek. - Jestem zajęta.- oznajmiłam próbując rozpleść jego palce, znajdujące nie na mojej talii. - Marc ja pracuję.- powtórzyłam.
- Wiem. Przyszedłem ci tylko oznajmić, że będę na ciebie czekał o osiemnastej pod twoim blokiem.- znów ucałował mój policzek i równie szybko jak się pojawił, tak zniknął. Zaśmiałam się pod nosem, po czym przeprosiłam mężczyznę.
Stałam przed szafą w samym ręczniku. Ubrania były porozrzucane po całym pokoju. Nie mogłam się zdecydować co założyć. Niespodziewanie usłyszałam gwizdanie. Obróciłam się do drzwi, bo stamtąd dochodził ów dźwięk.
- Señorita... Piękny ręcznik.- zaśmiał się głupkowato sąsiad z góry.
- Sergi!- z udawanym oburzeniem rzuciłam w niego puchatą poduszką. - Nie gap się na moje nogi tylko pomóż mi coś wybrać.- jęknęłam wskazując ma szafę. Podszedł do mnie i zaczął oglądać zawieszone w niej ubrania.
- Ta sukienka i te szpilki.- podał mi wybrane przez siebie rzeczy. Popatrzyłam na nie z obawą. Nie wiedziałam w co mam się ubrać. Chciałam podobać się Marcowi. - Nie patrz na to z taką miną tylko marsz się przebrać. Chyba, że chcesz to zrobić przy mnie.- poruszył zabawnie brwiami.
- I tak nic nie zobaczysz mam bieliznę.- podałam mu język.
- To też mogę obejrzeć. Sprawdzę czy dobrze leży.- zaczął zbliżać się w moją stronę. Złapałam swoje rzeczy i z piskiem uciekam do łazienki. Zza drzwi słyszałam głośny śmiech oraz otwieranie lodówki. Jak zwykle przyszedł wyjadać moje starannie zrobione zapasy. Włożyłam ubrania, poprawiłam włosy oraz makijaż, po czym opuściłam pomieszczenie. Roberto znalazłam w salonie z pudełkiem pysznych lodów waniliowych. Oglądał jakiś serial, rozwalony na kanapie.
- Ej!- mój głos sprawił, że skierował wzrok na mnie. - Moje lody.- teatralnie założyłam ręce na piersi.
- Wiedziałem, że będziesz wyglądała pięknie.- zagwizdał. Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań, po czym usłyszeliśmy dzwonek domofonu. Uśmiechnęłam się nerwowo, a on przytulił mnie i razem opuściliśmy mieszkanie. - Tylko pamiętaj żeby się zabezpieczyć.
- Sergi!- pisnęłam na cały korytarz, na co zareagował głośnym śmiechem. Weszliśmy do windy, jednak nie dane nam było być tam samym, ponieważ na czwartym piętrze wsiadała typowa sąsiadka, czyli samotna, wścibska babcia po sześćdziesiątce.
- O idziecie na randkę?- brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie, które pewnie chciała nam zadać. Otworzyłam usta z chęcią wyjaśnienia, jednak ona znów zaczęła gadać. - No nareszcie się ustatkujesz mój drogi. Przyda Ci się taka żona. Mądra i jeszcze ładna, będziesz mógł się nią pochwalić w telewizji. A ty moja droga uważaj. Ci piłkarze są tacy nieodpowiedzialni. Zmieniają dziewczyny jak rękawiczki i ciągle wychodzą na całe noce pewnie na te ich imprezy...- zapewne gdyby winda nie oznajmiła, że pora wychodzić ona gadałaby i gadała. Nigdy jej nie lubiłam zawsze wtykała nos w nieswoje sprawy.
Wyszłam przed budynek, gdzie stał Marc. Opierał się o samochód i sprawdzał coś w telefonie. Po chwili jednak przeniósł wzrok na mnie. Uśmiechnął się uwodzicielsko, po czym przyciągnął mnie do siebie. Ułożyłam dłonie na jego klatce piersiowej. Nie czekałam nawet minuty na złączenie naszych ust. Był delikatny, po prostu idealny.
- Marc mieliśmy gdzieś iść.- próbowałam przerwać, lecz on mi to utrudniał.
- Mhm...
- Marc...
- Już.- zaśmiał się głośno. Spojrzał za mnie, gdzie wciąż stał Sergi.
- Bądźcie grzeczni.- zaśmiał się grożąc nam palcem.
- Oczywiście, a teraz wybacz musimy już jechać.- zawtórował mu Marc otwierając mi drzwi do samochodu.
Zatrzymaliśmy się pod restauracją. Szofer otworzył mi drzwi, co trochę mnie speszyło. Już po tym mogłam się domyślać, że będzie drogo i elegancko. Młody chłopak odjechał samochodem, a my weszliśmy do środka. Nie myliłam się. Wnętrze było eleganckie, przestronne, przez co nikt nikomu nie przeszkadzał.
Marc odsunął mi krzesło, abym mogła usiąść. Chwilę potem był już po przeciwnej stronie. Kelner przyniósł nam kartę, którą zaczęłam studiować. Jako że moja praca jest bardzo dochodowa przywykałam do wysokich cen, ale te tutaj to prawdziwa fortuna.
- Marc tu jest zbyt drogo.- jęknęłam szeptem.
- Spokojnie dostaniemy upust za moje ładne oczy.- zaśmiał się głośno, przez co nie mogłam się powstrzymać, aby nie zrobić tego samego.  Faktem jest, że za te oczy powinien iść do więzienia. Czarował nimi jak chciał, a kobiety sznurkiem się do niego ustawiały.
Po kilkunastu minutach chłopak wrócił, a my mogliśmy zamówić wybrane dania. Dzisiaj raczyliśmy się tylko sokiem ze względu na to, że Marc jest kierowcą, a ja nie przepadam za alkoholem.
Podane nam potrawy były pyszne, a chwile spędzone z piłkarzem bajeczne. Jest miły, ma poczucie humoru, a co najważniejsze potrafi porozmawiać ze mną na każdy temat i być poważnym. Siedzimy właśnie w jego samochodzie. Gdzieś mnie wywozi i trochę się boję. Nigdy nie wiadomo, co może się stać. Zatrzymał samochód pod wzgórzem. Spojrzałam na niego, następnie na szczyt, jeszcze raz na niego, po czym wybuchłam niepohamowanym śmiechem.
- Mylisz, że wejdę tam w tych butach?- pokazałam mu kilkunasto centymetrowe szpilki. Nie odpowiedział mi, tylko wziął mnie na ręce i ruszył w górę. - Uspokój się Marc, przecież nie będziesz wnosił mnie aż tam.- popatrzyłam na niego.
- Jakbyś nie zauważyła już to robię.- posłał mi ciepły uśmiech. Wtuliłam się w niego, czując miłe ciepło. Ostatni raz czułam je kilka lat temu. Biło od innego serca, choć bliskiego zarówno mi, jak i Marcowi. Wiem, że nie powinnam ich porównywać, ale za każdym razem to robię i nie potrafię się powstrzymać. Różnią się niemal wszystkim, a mimo tego są bardzo podobni. W Brazylijczyku zawsze uwielbiałam spontaniczność i szaleństwo. Nigdy się z nim nie nudziłam. Jak się okazuje z Marciem jest podobnie, choć trochę spokojniej...
Potrząsnęłam głową, aby wyrzucić niepotrzebne myśli. Z kim byłam na randce? O kim miałam zapomnieć? Liczy się tu i teraz. Muszę zamknąć wszystkie karty zapisane przeszłością.
- Możesz otworzyć oczy.- poczułam jego usta na policzku, a następnie grunt pod nogami. Uniosłam powieki, a moim oczom ukazała się panorama Barcelony. Było pięknie. Symetryczne uliczki oświetlone przez latarnie. Budynki budowane na planie kwadratu z wewnętrznym dziedzińcem. W jednym miejscu stała przepiękna Sagrada Familia, projektu Antonio Gaudi'ego, a w drugim Camp Nou, dom jednej z najlepszych drużyn świata.
- Jak ci się podoba?- usłyszałam jego niski głos dobierający z tyłu oraz poczułam silne ramiona oplatające moje biodra oraz brodę na ramieniu.
- Jest pięknie.- westchnęłam oczarowana tym miejscem. Było magiczne i niech nikt nie śmie mi zaprzeczać.
- To się cieszę.- zaśmiał się lekko, po czym usadził nas na murku. Siedziałam wtulona w jego klatkę piersiową, a on obejmował mnie ramieniem. Oboje byliśmy przykryci marynarką piłkarza. Popatrzyłam w górę, aby napawać się jego uśmiechem i nieobecnym spojrzeniem skupionym gdzieś w oddali. Jednak nie udało mi się to, gdyż zauważył mnie i się roześmiał. - Obserwujesz mnie?- brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie. Wciąż nie zmienił kierunku wzroku.
- Wcale nie.- wyparłam się tego, choć doskonale wiedziałam, że to zauważył.
- Dalej się gapisz.- zaśmiał się głośniej, na co fuknęłam. Odwróciłam wzrok w drugą stronę. Nie trwało to jednak długo, bo obrócił moją głowę trzymając za podbródek. Próbowałam nie spojrzeć w jego zielone oczy, jednak one wygrały. To nie moja wina, że przyciągają mnie niczym magnes metal. - Już się nie gniewaj moją złośnico.- puścił mi oczko zbliżając się do mnie. Nim się obejrzałam złączył nasze wargi w słodkim i delikatnym pocałunku. Wszytko byłoby idealnie, gdyby nie to, że spadliśmy do tyłu z murka i wylądowaliśmy na plecach. No dobra... Marc wylądował na plecach, a ja na nim. Co nie zmienia faktu, że było to bolesne. Przysunął mnie do siebie, nie przestając całować.
- Marc...- próbowałam przerwać, lecz wychodziło mi to z marnym skutkiem.
- Musisz mi podziękować, że zamortyzowałem twój upadek.- mruczał pomiędzy pocałunkami. Próbowałam się podnieść jednak jego silne dłonie mi to uniemożliwiały.
- Puść, bo będzie szlaban.- zaśmiałam się unosząc głowę, aby nie mógł przerwać mi pocałunkiem.
- Szlaban powiadasz...- uniósł jedną brew ku górze. - Zapowiada się ciekawie.- zamruczał zjeżdżając dłońmi trochę niżej.
- Tak.- wzruszyłam ramionami, na ile pozwalała mi sytuacja. Próbowałam udawać obojętną, lecz słabo mi to wychodziło. Nigdy nie byłam dobrą aktorką.
- W takim razie słucham.
- Koniec z przytulaniem, całowaniem i dotykaniem.- oznajmiłam niczym matka.
- Dotykaniem...- jego dłonie migiem znalazły moje pośladki, a następnie zacisnął na nich palce.
- Bartra!- pisnęłam, jednocześnie uderzając go w ramię. - Molestujesz mnie.
- Nie przypominam sobie nic takiego...- posłał mi niewinny uśmiech. - Nie masz na to świadków.- zaśmiał się za co znowu oderwał.
- Nieważne, wstawaj z ziemi, bo się rozchorujesz.- jęknęłam co miało go ostatecznie skusić do wypuszczenia mnie i rzeczywiście podziałało.
Zaraz po tej sytuacji postanowiliśmy wrócić do domu. Wsiedliśmy do samochodu i Marc ruszył w stronę mojego apartamentowca.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz