piątek, 18 grudnia 2015

Dos

Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie.

Z samego rana zadzwoniłam do pracy. Oznajmiłam im, że dzisiaj się tam nie pojawię oraz, że całą pracę wykonam w domu. Miałam szczęście, że na dzisiaj nie miałam nikogo zapisanego, pomijając kilku nowych pacjentów, których i tak przejmie ktoś inny. Byłam rozbita. Nie chciałam przejmować się osobnikiem płci męskiej pochodzącym z Ameryki Południowej, lecz obecnie zamieszkującym w Barcelonie, o naturze dzikiej i aroganckiej, polującym na kolejne samice swojego gatunku. Nie wstając nawet z łóżka, położyłam laptopa na kolanach zaczynając pracę. Miałam dzisiaj dużo energii, którą chciałam zużyć właśnie na planowanie. W tym tygodniu grafik mnie nie rozpieszczał, do tego doszedł klub. Lubiłam swoją pracę, ale czasami po prostu czułam się już trochę zmęczona.
Po kilku godzinach, gdy wybrałam osoby kończące swoje leczenie, postanowiłam coś zjeść. Zbliżało się południe, więc najwyższa pora na śniadanie. Powoli wstałam z łóżka i skierowałam się do kuchni. Otworzyłam lodówkę, zaczęłam szukać czegoś do zjedzenia, lecz zastałam tam jedynie pustki. Czekały mnie zakupy, które odkładałam już tydzień. Założyłam jasne jeansy, luźną bluzkę oraz spięłam włosy w koka. W jednym zdaniu: naturalność ponad wszystko. Zabrałam kluczyki do samochodu i torebkę, po czym wyszłam na korytarz. Przycisnęłam guzik, aby przywołać windę. Drzwi się otworzyły, a w środku zobaczyłam Roberto. Na mój widok szeroko się uśmiechnął, czym zaraził również mnie. Weszłam do środka, zajmując miejsce obok piłkarza.
- Witam piękną sąsiadkę.
- Witam przystojnego sąsiada.- posłałam mu szeroki uśmiech.
- A ty nie w pracy?- spytał z zaciekawieniem.
- Postanowiłam zrobić wszystko w domu.
- W takim razie zapraszam cię na kawę.- zaproponował. Spod burzy loków na jego czole widać było jego niebieskie oczy, które wpatrywały się we mnie z nadzieją. Był uroczy. - Nie daj się prosić.- czarująco się uśmiechnął. Westchnęłam cicho i rozbawiona pokręciłam głową.
- Dobrze, ale tylko na chwilę, bo muszę zrobić zakupy. W mojej lodówce można znaleźć jedynie powietrze.- oznajmiłam, na co piłkarz zareagował salwą śmiechu.
- W takim razie śniadanie i kawa.- pociągnął mnie za rękę, jak się domyślam w stronę swojego samochodu. Nie myliłam się. Otworzył mi drzwi i gestem ręki zaprosił do środka. Chwilę później odpalił auto i wyjechał z podziemnego parkingu.
- Nie wierzę, że to robię.- zaśmiałam się cicho, a on kątem oka na mnie spojrzał. - Siedzę w samochodzie obcego mężczyzny, a na dodatek nie mam pojęcia, gdzie mnie wiezie.- pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Mnie się nie musisz bać.- głośno się zaśmiał. - Gorzej by było, gdybyś jechała z Neymarem.- dodał, a mój uśmiech jakby zginął. Przełknęłam ślinę i popatrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami. Potrząsnęłam głową, aby oczyścić ją z niepotrzebnych myśli. - Stało się coś?- spytał przejęty.
- Nie, nie.- posłałam mu ciepły uśmiech. Nastała cisza, która była przerywana jedynie przez cicho grające radio. Nagle usłyszałam moją ulubioną piosenkę, więc zaczęłam śpiewać. Zupełnie zapomniałam, że jestem w samochodzie sąsiada. Czułam się beztrosko.
- Bardzo ładnie śpiewasz.- oznajmił, gdy utwór się zakończył, a on zatrzymał samochód. Oblałam się rumieńcem. - Jesteśmy na miejscu.- dodał. Nie zdążyłam otworzyć drzwi, gdyż piłkarz jako pierwszy to uczynił. Podziękowałam mu, po czym weszliśmy do środka. Usiedliśmy przy stoliku schowanym gdzieś w rogu. Nie dziwiłam się dlaczego wybrał właśnie to miejsce. Chciał mieć spokój i doskonale to rozumiałam. Wracając wczoraj z pracy zaczęłam bardziej przyglądać się miastu. Wszędzie znajdowały się ich podobizny zapraszające na mecz, czy do kupna jakiegoś produktu. Podeszła do nas dziewczyna w moim wieku.
- Wybrali już państwo?- spytała patrząc na Sergiego, nerwowo ściskając przy tym notes.
- Tak, poprosimy Mochę czekoladową i... Viv co chcesz?
- To samo.- uśmiechnęłam się lekko spoglądając na chłopaka.
- W takim razie to dwa razy oraz naleśniki z truskawkami i Nutellą.- kelnerka skinąła głową na znak, że nas zrozumiała po czym odeszła w stronę baru.
- A ty nie jesz?- spytałam.
- Nie.- odpowiedział krótko. - Na słowa o Neymarze zareagowałaś jak drugą połowa dziewczyn.- posłałam mu pytające spojrzenie. - Część z was chce go tulić i całować, a druga ma ochotę go pobić.- zaśmiał się głośno, czym zwrócił na siebie uwagę gości. Nie podobało mi się, że zaczął ten temat. Nie chciałam o nim słyszeć. Już miałam coś powiedzieć, gdy zjawiła się kelnerka z naszym zamówieniem. Zestwiła naczynia z tacy posyłając Roberto słodki uśmiech. On natomiast wrogo na nią popatrzył, by dać jej do zrozumienia, że nie ma czego tu szukać. Musiał być przekonujący, ponieważ równie szybko jak się pojawiła, tak odeszła.
- Dlaczego ją spławiłeś? Ona ewidentnie na ciebie leciała. Przecież to mogła być matka twoich dzieci.- zaśmiałam się na co skarcił mnie spojrzeniem. Zapewne gdyby można było zabijać wzrokiem, już dawno bym nie żyła.
- Tak, jak Neymar twoich.- odpowiedział. Ze zdziwienia otworzyłam szeroko usta i oczy, a widelec z kawałkiem naleśnika zatrzymałam w połowie drogi do mojej buzi. Byłam zaskoczona, zszokowana... To po prostu nie mieściło mi się w głowie.
- Nie wiem skąd masz takie pomysły, ale nic nigdy mnie z nim nie łączyło i nie będzie łączyło.- warknęłam wstając od stołu, rzucając widelcem o talerz. - Dziękuję za śniadanie, ale muszę już iść.
Otwierałam drzwi, gdy poczułam uścisk na swoim nadgarstku. Obróciłam się i zobaczyłam smutną twarz Sergiego.
- Wybacz nie powinienem tak mówić, ale widziałem jak się na ciebie nakręcił.
- Nie obchodzi mnie to.
- Proszę wróć do stolika. Obiecuję, że już nigdy więcej nie poruszę tego tematu.- wpatrywał się we mnie tymi smutnymi, niebieskimi oczyma. Mimo że wciąż czuję urazę to mu wybaczę.
- Dobrze, ale żeby mi to było ostatni raz.- pogroziłam mu palcem. Uśmiechnął się szeroko po czym wróciliśmy do stolika. Dokończyłam moje naleśniki, które okazały się przepyszne. Wiele się o nim dowiedziałam. Nie raz wybuchłam śmiechem. Sergi jest bardzo pozytywną postacią. Cięsze się, że jest moim sąsiadem.
- Co robisz później?- spytał zaraz po zapłaceniu rachunku.
- Teraz idę po zakupy, a wieczór spędzę z laptopem lub przed telewizorem.- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- A może chciałbyś wybrać się na nasz trening?
- Dziękuję za zaproszenie, ale nie skorzystam. Może innym razem.
- No dobrze.- westchnął zasmucony.
- Wybacz, ale pędzę do sklepu.- pocałowałam go w policzek i odeszłam. - Do zobaczenia.- krzyknęłam obracając się w tamtą stronę, gdy wsiadał do samochodu.
Do domu wróciłam już po godzinie. Mówiąc szczerze ledwo tam dotarłam. Zakupy ważyły ze sto kilo, a ilość toreb jeszcze bardziej mnie przytłaczała. Rozpakowałam je, wystawiając wszystko do szafek. Włączyłam ekspres i zrobiłam sobie kawę. Tak, jestem od niej uzależniona. Jedni piją alkohol, inni palą papierosy, a ja preferuję ten czarny napój. Zabrałam kubek oraz laptopa i zasiadłam z nim na sofie. Postanowiłam, że wreszcie zacznę oglądać dokumentację medyczną zawodników FC Barcelony. Dopiero wtedy dotarło do mnie iż zapomniałam jej stamtąd zabrać. Natychmiast zadzwoniłam do Loli, aby sprawdziła, czy nie zabrała kart ze sobą. Niestety miałam pecha i musiałam jechać do klubu. Zabrałam bluzę i kluczyki po czym pognałam do ośrodka treningowego. Zaparkowałam przed budynkiem ledwo znajdując miejsce. Wjechałam swoim małym Mini Cooperem pomiędzy dwa terenowe audi. W gąszczu samochodów odnalazłam auto należące go Roberto. Czyli pierwsza drużyna miała trening... Otworzyłam szklane drzwi kierując się do recepcji. Przedstawiłam zaistniały problem młodej dziewczynie, a ona zadzwoniła do gabinetu prezesa. Wyszedł stamtąd po piętnastu minutach, pożegnał się ze starszym mężczyzną i dopiero wtedy mnie dostrzegł.
- Dobry wieczór.- przywitał się z uśmiechem.
- Dobry wieczór.- uścisnąłem jego dłoń. - Przyjechałam, bo zapomniałam dokumentacji chłopców.- powtórzyłam to co powiedziała mu wcześniej sekretarka.
- Musisz iść do Ignacio, on wszystko Ci da. Powinien być gdzieś na boisku.- przytaknęłam na znak, że zrozumiałam, po czym ruszyłam w stronę wyjścia. Nagle poczułam uderzenie, lecz w ostatniej chwili ktoś mnie złapał. Zaklęłam pod nosem nie dowierzając w to się dzieje. Drugi raz potrąciła mnie ta sama osoba.
- Witaj Vivienne.- cwaniacko się uśmiechnął. Nasze ciała były naprawdę blisko. Nie podobała mi się ta sytuacja. Jak najszybciej wyrwałam się z jego uścisku, co sprawiało mi małe problemy i uciekam. Zatrzymałam się tuż za zakrętem. Oparłam się o słupek, po którym zjechałam plecami. Zaśmiałam się gorzko kręcąc z niedowierzaniem głową. To nie mogła być prawda. Złe wspomnienia zaczęły wracać. Nie chciałam o tym myśleć. Tamten czas był zamkniętym rozdziałem, więc tak powinno zostać.
Znalazłam lekarza, wyjaśniłam zaistniałą sytuację, a on zabrał mnie do gabinetu, gdzie miał schowane kopie badań i wszystkich kontuzji. Po tym najszybciej jak mogłam wróciłam do domu. Usiadłam na sofie próbując zająć się wynikami jednak wszystko kończyło się fiaskiem. Miałam nadzieję, że nigdy go nie spotkam. I tak zbyt dużo kosztowało mnie oglądanie meczu reprezentacji, czy mijanie reklam lokalnego klubu. Nienawidzę go z całego serca. Myślałam, że w tak dużym mieście jak Barcelona nigdy się nie spotkamy.
Odstawiłam laptopa na stolik po czym wyszłam na balkon. Musiałam nabrać świeżego powietrza. Rzeczywiście mi pomogło. Przestałam wspominać i wróciłam do pracy. Do łóżka położyłam się kilka minut przed czwartą. Skończyłam czytanie i mimo że tyle to trwało nie czułam zmęczenia. Kocham to co robię. Jestem tą szczęściarą, której praca jest równocześnie pasją.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz