Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń otwarta w połowie.
Wstałam jak zawsze o godzinie ósmej, wypiłam kawę, ubrałam się, nałożyłam lekki makijaż, a włosy upięłam w warkocz, aby nie przeszkadzały mi podczas pracy. Wyszłam z domu, wsiadam do mojego małego, miejskiego autka, a następnie ruszyłam w kierunku kliniki. Zabrałam stamtąd Lolę, która miała być moją asystentką. Tak się złożyło, że robiła u nas staż, a jako że była bardzo dobra wzięłam ją do pomocy. Kto wie, może zostanie ze mną na dłużej.
Zatrzymałam samochód na parkingu przed dużym budynkiem. Widniały na nim logo klubu oraz imię i nazwisko jak mniemam założyciela. Wysiadłyśmy z niego, po czym skierowałyśmy się do środka. W recepcji powiedziano nam, że prezes jest gdzieś na obiekcie i prowadzi rozmowę z jednym z trenerów. Trochę mnie to zdenerwowało, bo myślałam, że nie zajmie mi to wiele czasu.
Wyszłam przez szklane drzwi, zostawiając Hiszpankę w środku. Była pochłonęła oglądaniem zdjęć oraz czytaniem różnych artykułów wywieszonych na ścianach. Miałam dziwne przeczucie, że stanie się coś złego. Moje odczucia potęgował fakt, że znalezienie prezesa było jak znalezienie igły w stogu siana, czyli niewykonalne.
Szłam przed siebie tracąc nadzieję na jego znalezienie. Akurat patrzyłam w lewo, kiedy poczułam mocne uderzenie w plecy, a następnie upadam na betonowy chodnik. Popatrzyłam na bolącą nogę, która zrobiła się lekko czerwona od sączącej się z niej krwi. - Jest pan ślepy?- krzyknęłam zdenerwowana nawet nie patrząc na sprawcę mojego upadku. Z pomocą Loli, która właśnie do mnie dobiegła udało mi się podnieść z ziemi.
- Ja przepraszam, ale...- przerwał w połowie zdania.
- Co się tu dzieje?- spytał prezes, który właśnie wyszedł przez szklane drzwi. - Przeproś panią i idź na trening.- rozkazał.
- Ja naprawdę nie chciałem.- powiedział jeszcze raz, lecz skierował te słowa bardziej do swojego pracodawcy niż do mnie. Dopiero teraz na niego spojrzałam. Poczułam, jak krew jeszcze bardziej buzuje w moich żyłach. Moja wściekłość osiągnęła właśnie maksimum. Prychnęłam, otrzepując spodenki z piasku. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek go spotkam. Bal po zakończeniu liceum sześć lat temu miał być naszym ostatnim spotkaniem. Nienawidziłam go z całego serca, a teraz jestem na niego wściekła jeszcze bardziej. Od zawsze był bezczelny, ale dzisiaj przeszedł wszelkie granice. Równie szybko jak nie pojawił, tak zniknął. Jak zawsze uciekał od odpowiedzialności.
- Przepraszam za niego. Nasi chłopcy czasem bywają roztargnieni, ale to dobrzy ludzie i piłkarze.- powiedział prezes, starając się wytłumaczyć zawodnika. Widziałam, że mu zależy. Poza tym nie chciałam żeby wziął mnie za rozkapryszoną dziewczynkę. Wtedy mógłby chcieć kogoś innego, a ja musiałabym pożegnać się z posadą, na którą tak ciężko pracowałam.
- Nic się nie stało to tylko małe otarcie.- oznajmiłam unosząc kąciki ust. Musiałam udawać, że nic się nie stało. W zasadzie gdyby był to ktoś inny, nie miałabym nic mu za złe.
- O widzę, że idzie nasz lekarz. Może poproszę go, aby opatrzył pani nogę.- zaproponował ze szczerym uśmiechem.
- To naprawdę nic takiego.- odpowiedziałam spoglądając na coraz mniej krwawiące kolano. Nie wyglądało najlepiej, ale nie lubiłam kiedy ludzie robili sobie problem z mojego błachego powodu.
- Nalegam, Ignacio mógłbyś zobaczyć tę nogę, pani doktor miała wypadek. Nasz Brazylijczyk na nią wpadł.- powiedział do mężczyzny w koszulce z herbem klubu oraz z ogromną apteczką.
- Jasne Sandro. Zapraszam za mną.- posłał mi ciepły uśmiech. W sumie to dobrze, że ktoś się tym zajmie. Przynajmniej nie będę chodziła z poranioną nogą. Posadził mnie na murku, a następnie przemył ranę. W tym czasie trochę się poznaliśmy, jako że mamy razem pracować. Był ode mnie starszy o jakieś dziesięć lat, a mimo to złapaliśmy dobry kontakt.
Już po kilku minutach szłam obok prezesa Bartomeu. Kierowaliśmy się do jego gabinetu, gdzie miałam zapoznać się z wymaganiami. Zajęło nam to dłuższą chwilę. Hiszpan okazał się miłym człowiekiem. Wiele mi opowiedział, a na koniec zarządził, że pozna mnie z moimi przyszłymi współpracownikami oraz podopiecznymi.
Zatrzymaliśmy się na boisku, gdzie biegało około trzydziestu mężczyzn. Na ich twarzach widziałam pasję, która była porównalna do tej, którą ja czuję. Prezes podszedł do mężczyzny, który miał na sobie inny kolor koszulki, taki sam jak Ignacio. Z resztą jego również odnalazłam pośród sztabu. Zamienili parę zdań, przywołali mnie do siebie, po czym piłkarze nas otoczyli.
- Co tu się dzieje?- spytał jeden z nich. Był średniego wzrostu i miał lekko siwe włosy, które powoli zaczynały wypadać. Wydawał się na najstarszego w tym gronie. Miałam wrażenie, że gdzieś wcześniej go spotkałam.
- Jak pamiętacie Pablo odszedł z powodów rodzinnych, a my nie możemy pozwolić sobie na brak rehabilitanta, szczególnie teraz, kiedy zaczynamy sezon, a paru chłopców zmaga się z kontuzjami.- wskazał na mnie wyjaśniając sytuację zaistniałą w klubie.
- Dzień dobry, Vivienne. Już niedługo będziemy razem pracować.- przedstawiłam się, a oni ustawili się w kolejce żeby uścisnąć moją dłoń. Niestety w tłumie znalazł się również sprawca mojego dzisiejszego nieszczęścia. Uśmiechał się do mnie cwaniacko i puszczał oczko. Miałam ochotę podejść do niego, by uderzyć go w twarz. Przez te sześć lat wcale nie wydoroślał. Jest tak samo arogancki, jak był. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią.
- Oto moi piłkarze.- zaśmiał się prezes. - W ramach zadośćuczynienia za dzisiejszy wypadek chciałbym podarować pani dwa bilety na ich najbliższy mecz.- dodał po chwili namysłu.
- Dziękuję, ale to naprawdę nic wielkiego. Przecież nic mi się nie stało.- nie musiał robić ze mnie królowej Elżbiety. Chciałam tylko stamtąd uciec, aby być jak najdalej od dawnego znajomego. To było zbyt dużo emocji jak na jeden dzień.
- Zgódź się Vivienne.- powiedział jeden z trzech piłkarzy, których znałam. Był to Leo Messi. - Założę się, że nigdy nie byłaś na meczu i nie wiesz jakie to przyjemne uczucie.- dodał.
- Kilka lat temu zdarzyło mi się być na kilku meczach Santosu.- spojrzałam na ciemno okiego chłopaka, który wciąż się do mnie cwaniacko uśmiechał. Miałam ochotę zdjąć ten jego uśmiech pięścią z twarzy. Piłkarze popatrzyli na mnie zaskoczeni. - Jestem Brazylijką.- posłałam im szeroki uśmiech.
- W takim razie co taka piękna pani robi w Hiszpanii?- spytał Alves. Znałam go jedynie z widzenia, bo grał w reprezentacji Brazylii. Czasem zdarzało mi się obejrzeć jakiś ważny mecz z tatą.
- Viv już jestem.- podeszła do nas szeroko uśmiechnięta Lola.
- Dobrze.- posłałam jej najszerszy uśmiech, jaki tylko potrafiłam. - Pan Bartomeu zaprosił mnie na mecz, co powiesz na wspólne wyjście?- spytałam. Zdążyłam już dowiedzieć się o jej miłości do tego klubu.
- Ty się jeszcze pytasz? To świetna wiadomość. Od małego im kibicuję. Gdy miałam dwa lata tata po raz pierwszy zabrał mnie na Camp Nou.- zaczęła mówić podekscytowana.
- W takim razie bardzo się cieszę.- oznajmił mężczyzna. - To już wszystko, jeśli chodzi o papiery?
- Wydaje mi się, że tak.- odpowiedziałam zgodnie z przypuszczeniem. - My już pójdziemy.- dodałam z uśmiechem, po czym pożegnałam się z trenerem i prezesem.
Gdy przechodziłyśmy przez tłum, poczułam jak czyjaś ręka ociera się o moje plecy, a następnie pośladki oraz nogi.
- Wiem, że mnie pamiętasz Vivi.- wyszeptał, czym po raz kolejny dzisiaj doprowadził mnie do wściekłości. Podniosłam dumnie głowę i poszłam za starszym mężczyzną. Fakt, że kiedyś byliśmy razem nie będzie wpływał na wyniki mojej pracy. Jestem profesjonlistką. Mam tylko nadzieję, że będzie trzymał się ode mnie z daleka.
Podpisaliśmy umowę, po czym wsiadłyśmy do samochodu i wróciłyśmy do budynku kliniki. Byłam rozkojarzona, więc postanowiłam zabrać pracę do domu. Wiem, że i tak bym się tu nie skupiła. Musiałam odpocząć po dniu pełnym wrażeń. Wracając z jedną z głównych ulic, dostrzegłam bilbord z twarzą właśnie tamtego niskiego piłkarza. Był to Iniesta. Teraz już wiem, skąd go znałam.
Zaparkowałam pod blokiem, zabrałam swoją teczkę pełną dokumentacji potrzebnej mi do sprawdzenia kogo muszę poprowadzić do końca, a kogo lepiej oddać współpracownikom. Dodatkowo wzięłam laptopa i weszłam do budynku. Otworzyłam windę, wcisnęłam przycisk z numerem piętra, na którym mieszkam. Drzwi już się zamykały, gdy ktoś zatrzymał je nogą. Do środka wbiegł chłopak z burzą jasnych loków na głowie.
- Jak dobrze, że zdążyłem.- westchnął zdyszany. Zapewne musiał biec. - O Viv! Mieszkasz tutaj?- zapytał zdziwiony.
- Tak od trzech miesiący.- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - A ty?
- Ja od półtora roku.- wcisnął przycisk z numerem piętra. - Piąte?- zaśmiał się na co przytaknęłam. - Ja na szóstym.
- W takim razie witam sąsiada z góry.- posłałam mu szeroki uśmiech. Rozległ się dźwięk oznajmiający otworzenie się drzwi. - Do zobaczenia Sergi.- wyszłam, kierując się w stronę własnego mieszkania.
- Do zobaczenia.- usłyszałam jeszcze jego ciepły głos.
Weszłam do środka zostawiając rzeczy na szafce w przedpokoju. Zdjęłam trampki i weszłam w głąb mieszkania. Przebrałam się w wygodniejsze ubrania i usiadłam na sofie z mocną kawą z dodatkiem mleka. Otworzyłam laptopa z zamiarem sprawdzenia i zaplanowania ostatnich zabiegów, lecz nie mogłam się skupić. Wspomnienia zaczęły wracać. Wiedziałam, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Nie uśmiechało mi się to, ale musiałam być profesjonalistką. W końcu życie prywatne nie powinno mieć wpływu na naszą pracę. Będę się zachowywała, jakby nic nigdy między nami nie zaszło. Najważniejsze, by nikt nie zauważył, a co gorsza dowiedział się, że kiedyś byliśmy blisko.
Zatrzymałam samochód na parkingu przed dużym budynkiem. Widniały na nim logo klubu oraz imię i nazwisko jak mniemam założyciela. Wysiadłyśmy z niego, po czym skierowałyśmy się do środka. W recepcji powiedziano nam, że prezes jest gdzieś na obiekcie i prowadzi rozmowę z jednym z trenerów. Trochę mnie to zdenerwowało, bo myślałam, że nie zajmie mi to wiele czasu.
Wyszłam przez szklane drzwi, zostawiając Hiszpankę w środku. Była pochłonęła oglądaniem zdjęć oraz czytaniem różnych artykułów wywieszonych na ścianach. Miałam dziwne przeczucie, że stanie się coś złego. Moje odczucia potęgował fakt, że znalezienie prezesa było jak znalezienie igły w stogu siana, czyli niewykonalne.
Szłam przed siebie tracąc nadzieję na jego znalezienie. Akurat patrzyłam w lewo, kiedy poczułam mocne uderzenie w plecy, a następnie upadam na betonowy chodnik. Popatrzyłam na bolącą nogę, która zrobiła się lekko czerwona od sączącej się z niej krwi. - Jest pan ślepy?- krzyknęłam zdenerwowana nawet nie patrząc na sprawcę mojego upadku. Z pomocą Loli, która właśnie do mnie dobiegła udało mi się podnieść z ziemi.
- Ja przepraszam, ale...- przerwał w połowie zdania.
- Co się tu dzieje?- spytał prezes, który właśnie wyszedł przez szklane drzwi. - Przeproś panią i idź na trening.- rozkazał.
- Ja naprawdę nie chciałem.- powiedział jeszcze raz, lecz skierował te słowa bardziej do swojego pracodawcy niż do mnie. Dopiero teraz na niego spojrzałam. Poczułam, jak krew jeszcze bardziej buzuje w moich żyłach. Moja wściekłość osiągnęła właśnie maksimum. Prychnęłam, otrzepując spodenki z piasku. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek go spotkam. Bal po zakończeniu liceum sześć lat temu miał być naszym ostatnim spotkaniem. Nienawidziłam go z całego serca, a teraz jestem na niego wściekła jeszcze bardziej. Od zawsze był bezczelny, ale dzisiaj przeszedł wszelkie granice. Równie szybko jak nie pojawił, tak zniknął. Jak zawsze uciekał od odpowiedzialności.
- Przepraszam za niego. Nasi chłopcy czasem bywają roztargnieni, ale to dobrzy ludzie i piłkarze.- powiedział prezes, starając się wytłumaczyć zawodnika. Widziałam, że mu zależy. Poza tym nie chciałam żeby wziął mnie za rozkapryszoną dziewczynkę. Wtedy mógłby chcieć kogoś innego, a ja musiałabym pożegnać się z posadą, na którą tak ciężko pracowałam.
- Nic się nie stało to tylko małe otarcie.- oznajmiłam unosząc kąciki ust. Musiałam udawać, że nic się nie stało. W zasadzie gdyby był to ktoś inny, nie miałabym nic mu za złe.
- O widzę, że idzie nasz lekarz. Może poproszę go, aby opatrzył pani nogę.- zaproponował ze szczerym uśmiechem.
- To naprawdę nic takiego.- odpowiedziałam spoglądając na coraz mniej krwawiące kolano. Nie wyglądało najlepiej, ale nie lubiłam kiedy ludzie robili sobie problem z mojego błachego powodu.
- Nalegam, Ignacio mógłbyś zobaczyć tę nogę, pani doktor miała wypadek. Nasz Brazylijczyk na nią wpadł.- powiedział do mężczyzny w koszulce z herbem klubu oraz z ogromną apteczką.
- Jasne Sandro. Zapraszam za mną.- posłał mi ciepły uśmiech. W sumie to dobrze, że ktoś się tym zajmie. Przynajmniej nie będę chodziła z poranioną nogą. Posadził mnie na murku, a następnie przemył ranę. W tym czasie trochę się poznaliśmy, jako że mamy razem pracować. Był ode mnie starszy o jakieś dziesięć lat, a mimo to złapaliśmy dobry kontakt.
Już po kilku minutach szłam obok prezesa Bartomeu. Kierowaliśmy się do jego gabinetu, gdzie miałam zapoznać się z wymaganiami. Zajęło nam to dłuższą chwilę. Hiszpan okazał się miłym człowiekiem. Wiele mi opowiedział, a na koniec zarządził, że pozna mnie z moimi przyszłymi współpracownikami oraz podopiecznymi.
Zatrzymaliśmy się na boisku, gdzie biegało około trzydziestu mężczyzn. Na ich twarzach widziałam pasję, która była porównalna do tej, którą ja czuję. Prezes podszedł do mężczyzny, który miał na sobie inny kolor koszulki, taki sam jak Ignacio. Z resztą jego również odnalazłam pośród sztabu. Zamienili parę zdań, przywołali mnie do siebie, po czym piłkarze nas otoczyli.
- Co tu się dzieje?- spytał jeden z nich. Był średniego wzrostu i miał lekko siwe włosy, które powoli zaczynały wypadać. Wydawał się na najstarszego w tym gronie. Miałam wrażenie, że gdzieś wcześniej go spotkałam.
- Jak pamiętacie Pablo odszedł z powodów rodzinnych, a my nie możemy pozwolić sobie na brak rehabilitanta, szczególnie teraz, kiedy zaczynamy sezon, a paru chłopców zmaga się z kontuzjami.- wskazał na mnie wyjaśniając sytuację zaistniałą w klubie.
- Dzień dobry, Vivienne. Już niedługo będziemy razem pracować.- przedstawiłam się, a oni ustawili się w kolejce żeby uścisnąć moją dłoń. Niestety w tłumie znalazł się również sprawca mojego dzisiejszego nieszczęścia. Uśmiechał się do mnie cwaniacko i puszczał oczko. Miałam ochotę podejść do niego, by uderzyć go w twarz. Przez te sześć lat wcale nie wydoroślał. Jest tak samo arogancki, jak był. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią.
- Oto moi piłkarze.- zaśmiał się prezes. - W ramach zadośćuczynienia za dzisiejszy wypadek chciałbym podarować pani dwa bilety na ich najbliższy mecz.- dodał po chwili namysłu.
- Dziękuję, ale to naprawdę nic wielkiego. Przecież nic mi się nie stało.- nie musiał robić ze mnie królowej Elżbiety. Chciałam tylko stamtąd uciec, aby być jak najdalej od dawnego znajomego. To było zbyt dużo emocji jak na jeden dzień.
- Zgódź się Vivienne.- powiedział jeden z trzech piłkarzy, których znałam. Był to Leo Messi. - Założę się, że nigdy nie byłaś na meczu i nie wiesz jakie to przyjemne uczucie.- dodał.
- Kilka lat temu zdarzyło mi się być na kilku meczach Santosu.- spojrzałam na ciemno okiego chłopaka, który wciąż się do mnie cwaniacko uśmiechał. Miałam ochotę zdjąć ten jego uśmiech pięścią z twarzy. Piłkarze popatrzyli na mnie zaskoczeni. - Jestem Brazylijką.- posłałam im szeroki uśmiech.
- W takim razie co taka piękna pani robi w Hiszpanii?- spytał Alves. Znałam go jedynie z widzenia, bo grał w reprezentacji Brazylii. Czasem zdarzało mi się obejrzeć jakiś ważny mecz z tatą.
- Viv już jestem.- podeszła do nas szeroko uśmiechnięta Lola.
- Dobrze.- posłałam jej najszerszy uśmiech, jaki tylko potrafiłam. - Pan Bartomeu zaprosił mnie na mecz, co powiesz na wspólne wyjście?- spytałam. Zdążyłam już dowiedzieć się o jej miłości do tego klubu.
- Ty się jeszcze pytasz? To świetna wiadomość. Od małego im kibicuję. Gdy miałam dwa lata tata po raz pierwszy zabrał mnie na Camp Nou.- zaczęła mówić podekscytowana.
- W takim razie bardzo się cieszę.- oznajmił mężczyzna. - To już wszystko, jeśli chodzi o papiery?
- Wydaje mi się, że tak.- odpowiedziałam zgodnie z przypuszczeniem. - My już pójdziemy.- dodałam z uśmiechem, po czym pożegnałam się z trenerem i prezesem.
Gdy przechodziłyśmy przez tłum, poczułam jak czyjaś ręka ociera się o moje plecy, a następnie pośladki oraz nogi.
- Wiem, że mnie pamiętasz Vivi.- wyszeptał, czym po raz kolejny dzisiaj doprowadził mnie do wściekłości. Podniosłam dumnie głowę i poszłam za starszym mężczyzną. Fakt, że kiedyś byliśmy razem nie będzie wpływał na wyniki mojej pracy. Jestem profesjonlistką. Mam tylko nadzieję, że będzie trzymał się ode mnie z daleka.
Podpisaliśmy umowę, po czym wsiadłyśmy do samochodu i wróciłyśmy do budynku kliniki. Byłam rozkojarzona, więc postanowiłam zabrać pracę do domu. Wiem, że i tak bym się tu nie skupiła. Musiałam odpocząć po dniu pełnym wrażeń. Wracając z jedną z głównych ulic, dostrzegłam bilbord z twarzą właśnie tamtego niskiego piłkarza. Był to Iniesta. Teraz już wiem, skąd go znałam.
Zaparkowałam pod blokiem, zabrałam swoją teczkę pełną dokumentacji potrzebnej mi do sprawdzenia kogo muszę poprowadzić do końca, a kogo lepiej oddać współpracownikom. Dodatkowo wzięłam laptopa i weszłam do budynku. Otworzyłam windę, wcisnęłam przycisk z numerem piętra, na którym mieszkam. Drzwi już się zamykały, gdy ktoś zatrzymał je nogą. Do środka wbiegł chłopak z burzą jasnych loków na głowie.
- Jak dobrze, że zdążyłem.- westchnął zdyszany. Zapewne musiał biec. - O Viv! Mieszkasz tutaj?- zapytał zdziwiony.
- Tak od trzech miesiący.- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - A ty?
- Ja od półtora roku.- wcisnął przycisk z numerem piętra. - Piąte?- zaśmiał się na co przytaknęłam. - Ja na szóstym.
- W takim razie witam sąsiada z góry.- posłałam mu szeroki uśmiech. Rozległ się dźwięk oznajmiający otworzenie się drzwi. - Do zobaczenia Sergi.- wyszłam, kierując się w stronę własnego mieszkania.
- Do zobaczenia.- usłyszałam jeszcze jego ciepły głos.
Weszłam do środka zostawiając rzeczy na szafce w przedpokoju. Zdjęłam trampki i weszłam w głąb mieszkania. Przebrałam się w wygodniejsze ubrania i usiadłam na sofie z mocną kawą z dodatkiem mleka. Otworzyłam laptopa z zamiarem sprawdzenia i zaplanowania ostatnich zabiegów, lecz nie mogłam się skupić. Wspomnienia zaczęły wracać. Wiedziałam, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Nie uśmiechało mi się to, ale musiałam być profesjonalistką. W końcu życie prywatne nie powinno mieć wpływu na naszą pracę. Będę się zachowywała, jakby nic nigdy między nami nie zaszło. Najważniejsze, by nikt nie zauważył, a co gorsza dowiedział się, że kiedyś byliśmy blisko.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz