czwartek, 11 lutego 2016

Cinco

I trze­ba być wiel­kim przy­jacielem i moc­nym przy­jacielem, żeby przyjść i prze­sie­dzieć z kimś całe po­połud­nie tyl­ko po to, żeby nie czuł się sa­mot­ny. Odłożyć swo­je ważne spra­wy i całe po­połud­nie poświęcić na trzy­manie ko­goś za rękę. 


Zerwałam się z łóżka niczym oszalała zaraz po tym, gdy usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Przetarłam zaspane oczy i spojrzałam na ekran, który raził swoją jasnością. Dzwonił Sergi. Super...
- Halo.- ziewnęłam nie mogąc się powstrzymać.
- Spałaś?- spytał, a w jego głosie usłyszałam pijacki ton.
- Nie Sergi, byłam na treningu aquaaerobiku.- odpowiedziałam lekko zirytowana jego telefonem. Na chwilę oddaliłam komórkę od ucha, aby sprawdzić godzinę. Druga trzydzieści siedem. Gratuluję inteligencji panie sąsiedzie.
- Vivi, dzwonię do ciebie, bo mam problem.- westchnął. Widziałam, że muszę mu pomóc. Skoro już mnie obudził to przecież mu nie odmówię.
- Słucham cię Sergi.- ziewnęłam po raz kolejny.
- Odbierzesz nas z klubu przy Camp Nou?
- Oczywiście.- odpowiedziałam natychmiast. - Zaraz Roberto, jak to nas?- zapytałam po chwili zastanowienia, lecz w słuchawce usłyszałam jedynie dźwięk zrywanego połączenia. Jęknęłam głośno z bezsilności, po czym wstałam z łóżka. Założyłam pierwszą bluzę jaką miałam pod ręką, zmieniłam luźne spodnie od piżamy na jeansy, zabrałam kluczyki i wybiegłam z domu wprost do samochodu. Jak najszybciej ruszyłam we wskazane przez Hiszpana miejsce, a dzięki temu, że mieszkam prawie w samym centrum miasta, dotarłam tam już po dwudziestu minutach. Mimo iż był środek nocy, wciąż po ulicach kręciło się mnóstwo ludzi. Barcelona należy do miast, które nie zasypiają nawet na godzinę. Jest imprezowym rajem, jak Ibiza czy Lloret de Mar. Odnalazłam piłkarzy w tłumie imprezowiczów palących papierosy lub po prostu rozmawiających przed klubem. Nikt ich nie rozpoznał zapewne tylko dlatego, że wszyscy byli równie pijani co oni. Zatrzymałam się w miejscu postoju dla taksówek, po czym do nich wyszłam. Odszukałam Roberto i od razu skierowałam się w do niego. Pociągnęłam go za koszulę, aby zwrócił na mnie uwagę. Podziałało.
- Vivienne skarbie.- przywitał mnie jego pijacki ton.
- Nie skarbuj mi tutaj. Sergi jest środek nocy, co ty sobie w ogóle wyobrażasz?!- krzyczałam wymachując rękoma na wszystkie strony. Dopiero teraz poczułam potęgującą we mnie złość. - Dzwonisz do mnie w środku nocy i oczekujesz, że odbiorę cię z imprezy!- wyrzucałam swoje żale, choć wiedziałam, że jutro nie będzie już niczego pamiętał.
- Przepraszam, ale jesteśmy zbyt pijani żeby iść pieszo, czy złapać taksówkę.- uśmiechnął się niewinnie... Tak jasne, on tylko takiego zgrywa. Za dnia słodki piłkarz uwielbiany przez tłumy nastolatek z całego świata, a w nocy imprezowicz i łamacz kobiecych serc.
- To ma być ostatni raz, kiedy zabieram cię do domu.- wskazałam na niego kluczykiem od auta, który właśnie znajdował się w mojej dłoni. Wzięłam Hiszpana pod rękę kierując się w stronę samochodu.
- Czekaj, czekaj, a co z nimi?- spytał pokazując mi jeszcze dwójkę przyjaciół. Obróciłam się w ich stronę cicho wzdychając z niemocy do barcelońskiej "dwudziestki".
- Dobrze, ich też zabiorę.- pokręciłam z dezaprobatą głową. Mam zdecydowanie za miękkie serce. Bałam się, że mogą zrobić sobie krzywdę. W sumie to bałam się tylko o jednego, drugiemu właśnie tego życzyłam. Poza tym jako klubowy rehabilitant to ja musiałabym się nimi opiekować. Wpakowałam ich wszystkich do mojego auta, po czym ruszyłam pod podane mi adresy. Pierwszego wysadziłam Marca Bartrę, który trzymał się z tej trójki najlepiej. Podziękował mi,  a następnie poszedł w stronę domu, ja ruszyłam dalej. Obejrzałam się w lusterku wstecznym, by sprawdzić jak  czuje się mój sąsiad. Leżał na siedzeniach i chyba drzemał. Musiał być bardzo zmęczony lub tak pijany. Zatrzymałam się pod kolejną willą. Była ogromna. Spojrzałam na jej właściciela, który siedział obok mnie i nie zamierzał opuszczać samochodu.
- Rusz się, nie mam całej nocy na jeżdżenie po Barcelonie.- warknęłam w jego stronę.
- Lubię kiedy jesteś taka ostra.- posłał mi cwaniacki uśmiech, kładąc dłoń na moim kolanie. Szybko ją stamtąd strąciłam, czując, że coraz bardziej się denerwuję.
- Nie dotykaj mnie.- powiedziałam wściekła uderzając go w twarz. Zaśmiał się z faktu, iż jeszcze bardziej mnie sprowokował. Zamachnęłam się kolejny raz, lecz chwycił moją rękę jeszcze w locie.
- Do zobaczenia Vivi.- pocałował moją dłoń i wyszedł z samochodu nie zmieniając wyrazu twarzy. Miałam ochotę wybiec za nim i zmazać mu ten uśmieszek, ale wiedziałam, że jest pijany, a żadne moje działanie w tej chwili nie pomoże. Uderzyłam ręką w kierownicę, następnie z bezsilności opierając o nią głowę. Wzięłam kilka głębokich oddechów, po czym odjechałam spod jego domu. Zatrzymałam się dopiero na podziemnym parkingu naszego apartamentowca. Obudziłam Roberto i pomogłam mu wejść do jego mieszkania. Otworzyłam drzwi za pomocą kluczy znalezionych w jego spodniach. Popchnęłam je, a za moment byliśmy w środku. Zaprowadziłam go do sypialni. Zdjęłam mu buty i przykryłam go kołdrą.
Wróciłam do domu, a emocje już prawie ze mnie opadły. Wciąż byłam zła, ale zmęczenie wzięło nade mną górę i jedyne czego pragnęłam to znalezienie się w moim cieplutkim, dużym łóżku.
Obudziłam się kilka minut po dziewiątej. Była niedziela, więc nie musiałam się nigdzie spieszyć. Powoli wygramoliłam się z łóżka, po czym poszłam do kuchni, aby zrobić sobie kawę i zjeść jakieś śniadanie. Dzisiaj zadowoliłam się espresso oraz serkiem waniliowym. Pamiętam go jeszcze z czasów dzieciństwa, a gdy ujrzałam go w sklepie wiedziałam, że muszę go kupić. Wciąż był równie pyszny. Następnie przebrałam się i zrobiłam luźnego koka. Postanowiłam iść do sąsiada z góry. Dobroduszna Vivienne oczywiście musiała sprawdzić co się z nim dzieje. Przyznam, że trochę się o niego martwiłam. Choć z drugiej strony wiedziałam, że będzie umierał. Należało mu się, skoro nie potrafił przestać pić, gdy była na to pora.
Otworzyłam drzwi jego mieszkania. Panowała cisza, co musiało oznaczać, że jeszcze śpi. Weszłam do kuchni i z jednej z szafek wyjęłam tabletki przeciwbólowe, później nalałam mu wody do szklanki,  a następnie w takiej eskorcie udałem się do sypialni, gdzie go wczoraj zostawiłam. Musiał być wykończony, bo nawet nie zmienił swojej pozycji. Odstawiłam zestaw "pomocy poimprezowej" na szafkę przy łóżku, po czym z wielką przyjemnością zdzieliłam go po głowie. Z jego ust wydobył się głośny, ale przytłumiony jęk, w odpowiedzi na co, wybuchłam niepochamowanym śmiechem.
- Oszalałaś?!- skrzywił się, spoglądając na mnie spod byka.
- Ja?- spytałam wciąż nie mogąc się powstrzymać. - Kto dzwonił do mnie w środku nocy, żeby odebrać go spod klubu, bo był zbyt pijany, aby samemu wrócić do domu?
- To była wyjątkowa sytuacja.- jęknął kolejny raz, z trudem podnosząc się do pozycji siedzącej. Złapał się za głowę, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu.
- Masz, weź to. Powinno pomóc.- podałam mu szklankę oraz tabletki. Bez sprzeciwu wykonał moje polecenie wracając do pozycji leżącej. Pociągnął mnie do siebie tak, że przewróciłam się na łóżko, a on położył głowę na moim brzuchu wygodnie się przy tym układając.
- Strzeliłem wczoraj bramkę.- uśmiechnął się, choć przyszło mu to z wielkim trudem. - Chyba musiałem to uczcić, prawda? Taka sytuacja nie zdarza się zbyt często.
- Gratuluję Sergi, ale to nie zmienia faktu, że masz się upijać do nieprzytomności.
- Ale kiedy ja tak bardzo się cieszyłem.- przeczesałam jego kręcone włosy.
- Doprowadziłeś się do takiego stanu, że ledwo kontaktowałeś.- uniósł głowę i na mnie popatrzył, po czym znów ułożył się na moim brzuchu.
- Ona była dla ciebie, bo jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie.- westchnął mocno mnie przytulając. Otworzyłam usta ze zdziwienia, a następnie nerwowo się zaśmiałam.
- To bardzo miłe, dziękuję.- odpowiedziałam. Zupełnie mnie tym zaskoczył. Nigdy bym się nie spodziewała, że ktoś kiedykolwiek zadedykuje mi gola. Sergi był naprawdę fajnym facetem i nie rozumiem, dlaczego nie znalazł jeszcze wybranki swojego życia.
Resztę dnia spędziłam w domu piłkarza. Przez dobre kilka godzin leżał na mnie i opowiadał o wszystkim. Lubiłam go słuchać. Nasze rozmowy często kończyły się nad ranem. Przez ten miesiąc stał się dla mnie na prawdę bliski. Poza tym cieszyłam się kiedy opowiadał mi o meczach, bo już niedługo będę siedziała na ławce wśród członków sztabu lekarskiego.




~~~
Jeśli ktokolwiek tu jest niech da o sobie znać, bo nie wiem, czy warto udostępniać moje bazgroły, skoro nikt tego nie czyta :/
Poza tym zapraszam na wattpad, gdzie publikuję dwie historie http://w.tt/1ovQVzy

wtorek, 19 stycznia 2016

Cuatro

Ot­wieram no­wy etap w swoim życiu, tak jak­by no­we drzwi na świat, tyl­ko to­bie za­mykam je przed no­sem...dzięki za wszys­tko, zaczy­nam swoją bajkę, w której na egoizm nie ma miejsca. 


Stałam na boisku rozmawiając z Ignacio na temat Leo, który w ostatnim meczu doznał kontuzji. Chciałam jak najszybciej zacząć rehabilitację, aby wyrobić się przed el Clásico. Dyskutowaliśmy na temat metod leczenia oraz przewidywanych terminów jego rozpoczęcia i zakończenia. Niespodziewanie poczułam jak ktoś przytula moje plecy. Obróciłam się do tyłu. Byłam trochę przerażona przypominając sobie, kogo mogę tu spotkać, jednak moje obawy się nie potwierdziły. Powitał mnie szeroki uśmiech, ten numer siedem oraz buziak w policzek. - Jestem zajęta.- oznajmiłam próbując rozpleść jego palce, znajdujące nie na mojej talii. - Marc ja pracuję.- powtórzyłam.
- Wiem. Przyszedłem ci tylko oznajmić, że będę na ciebie czekał o osiemnastej pod twoim blokiem.- znów ucałował mój policzek i równie szybko jak się pojawił, tak zniknął. Zaśmiałam się pod nosem, po czym przeprosiłam mężczyznę.
Stałam przed szafą w samym ręczniku. Ubrania były porozrzucane po całym pokoju. Nie mogłam się zdecydować co założyć. Niespodziewanie usłyszałam gwizdanie. Obróciłam się do drzwi, bo stamtąd dochodził ów dźwięk.
- Señorita... Piękny ręcznik.- zaśmiał się głupkowato sąsiad z góry.
- Sergi!- z udawanym oburzeniem rzuciłam w niego puchatą poduszką. - Nie gap się na moje nogi tylko pomóż mi coś wybrać.- jęknęłam wskazując ma szafę. Podszedł do mnie i zaczął oglądać zawieszone w niej ubrania.
- Ta sukienka i te szpilki.- podał mi wybrane przez siebie rzeczy. Popatrzyłam na nie z obawą. Nie wiedziałam w co mam się ubrać. Chciałam podobać się Marcowi. - Nie patrz na to z taką miną tylko marsz się przebrać. Chyba, że chcesz to zrobić przy mnie.- poruszył zabawnie brwiami.
- I tak nic nie zobaczysz mam bieliznę.- podałam mu język.
- To też mogę obejrzeć. Sprawdzę czy dobrze leży.- zaczął zbliżać się w moją stronę. Złapałam swoje rzeczy i z piskiem uciekam do łazienki. Zza drzwi słyszałam głośny śmiech oraz otwieranie lodówki. Jak zwykle przyszedł wyjadać moje starannie zrobione zapasy. Włożyłam ubrania, poprawiłam włosy oraz makijaż, po czym opuściłam pomieszczenie. Roberto znalazłam w salonie z pudełkiem pysznych lodów waniliowych. Oglądał jakiś serial, rozwalony na kanapie.
- Ej!- mój głos sprawił, że skierował wzrok na mnie. - Moje lody.- teatralnie założyłam ręce na piersi.
- Wiedziałem, że będziesz wyglądała pięknie.- zagwizdał. Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań, po czym usłyszeliśmy dzwonek domofonu. Uśmiechnęłam się nerwowo, a on przytulił mnie i razem opuściliśmy mieszkanie. - Tylko pamiętaj żeby się zabezpieczyć.
- Sergi!- pisnęłam na cały korytarz, na co zareagował głośnym śmiechem. Weszliśmy do windy, jednak nie dane nam było być tam samym, ponieważ na czwartym piętrze wsiadała typowa sąsiadka, czyli samotna, wścibska babcia po sześćdziesiątce.
- O idziecie na randkę?- brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie, które pewnie chciała nam zadać. Otworzyłam usta z chęcią wyjaśnienia, jednak ona znów zaczęła gadać. - No nareszcie się ustatkujesz mój drogi. Przyda Ci się taka żona. Mądra i jeszcze ładna, będziesz mógł się nią pochwalić w telewizji. A ty moja droga uważaj. Ci piłkarze są tacy nieodpowiedzialni. Zmieniają dziewczyny jak rękawiczki i ciągle wychodzą na całe noce pewnie na te ich imprezy...- zapewne gdyby winda nie oznajmiła, że pora wychodzić ona gadałaby i gadała. Nigdy jej nie lubiłam zawsze wtykała nos w nieswoje sprawy.
Wyszłam przed budynek, gdzie stał Marc. Opierał się o samochód i sprawdzał coś w telefonie. Po chwili jednak przeniósł wzrok na mnie. Uśmiechnął się uwodzicielsko, po czym przyciągnął mnie do siebie. Ułożyłam dłonie na jego klatce piersiowej. Nie czekałam nawet minuty na złączenie naszych ust. Był delikatny, po prostu idealny.
- Marc mieliśmy gdzieś iść.- próbowałam przerwać, lecz on mi to utrudniał.
- Mhm...
- Marc...
- Już.- zaśmiał się głośno. Spojrzał za mnie, gdzie wciąż stał Sergi.
- Bądźcie grzeczni.- zaśmiał się grożąc nam palcem.
- Oczywiście, a teraz wybacz musimy już jechać.- zawtórował mu Marc otwierając mi drzwi do samochodu.
Zatrzymaliśmy się pod restauracją. Szofer otworzył mi drzwi, co trochę mnie speszyło. Już po tym mogłam się domyślać, że będzie drogo i elegancko. Młody chłopak odjechał samochodem, a my weszliśmy do środka. Nie myliłam się. Wnętrze było eleganckie, przestronne, przez co nikt nikomu nie przeszkadzał.
Marc odsunął mi krzesło, abym mogła usiąść. Chwilę potem był już po przeciwnej stronie. Kelner przyniósł nam kartę, którą zaczęłam studiować. Jako że moja praca jest bardzo dochodowa przywykałam do wysokich cen, ale te tutaj to prawdziwa fortuna.
- Marc tu jest zbyt drogo.- jęknęłam szeptem.
- Spokojnie dostaniemy upust za moje ładne oczy.- zaśmiał się głośno, przez co nie mogłam się powstrzymać, aby nie zrobić tego samego.  Faktem jest, że za te oczy powinien iść do więzienia. Czarował nimi jak chciał, a kobiety sznurkiem się do niego ustawiały.
Po kilkunastu minutach chłopak wrócił, a my mogliśmy zamówić wybrane dania. Dzisiaj raczyliśmy się tylko sokiem ze względu na to, że Marc jest kierowcą, a ja nie przepadam za alkoholem.
Podane nam potrawy były pyszne, a chwile spędzone z piłkarzem bajeczne. Jest miły, ma poczucie humoru, a co najważniejsze potrafi porozmawiać ze mną na każdy temat i być poważnym. Siedzimy właśnie w jego samochodzie. Gdzieś mnie wywozi i trochę się boję. Nigdy nie wiadomo, co może się stać. Zatrzymał samochód pod wzgórzem. Spojrzałam na niego, następnie na szczyt, jeszcze raz na niego, po czym wybuchłam niepohamowanym śmiechem.
- Mylisz, że wejdę tam w tych butach?- pokazałam mu kilkunasto centymetrowe szpilki. Nie odpowiedział mi, tylko wziął mnie na ręce i ruszył w górę. - Uspokój się Marc, przecież nie będziesz wnosił mnie aż tam.- popatrzyłam na niego.
- Jakbyś nie zauważyła już to robię.- posłał mi ciepły uśmiech. Wtuliłam się w niego, czując miłe ciepło. Ostatni raz czułam je kilka lat temu. Biło od innego serca, choć bliskiego zarówno mi, jak i Marcowi. Wiem, że nie powinnam ich porównywać, ale za każdym razem to robię i nie potrafię się powstrzymać. Różnią się niemal wszystkim, a mimo tego są bardzo podobni. W Brazylijczyku zawsze uwielbiałam spontaniczność i szaleństwo. Nigdy się z nim nie nudziłam. Jak się okazuje z Marciem jest podobnie, choć trochę spokojniej...
Potrząsnęłam głową, aby wyrzucić niepotrzebne myśli. Z kim byłam na randce? O kim miałam zapomnieć? Liczy się tu i teraz. Muszę zamknąć wszystkie karty zapisane przeszłością.
- Możesz otworzyć oczy.- poczułam jego usta na policzku, a następnie grunt pod nogami. Uniosłam powieki, a moim oczom ukazała się panorama Barcelony. Było pięknie. Symetryczne uliczki oświetlone przez latarnie. Budynki budowane na planie kwadratu z wewnętrznym dziedzińcem. W jednym miejscu stała przepiękna Sagrada Familia, projektu Antonio Gaudi'ego, a w drugim Camp Nou, dom jednej z najlepszych drużyn świata.
- Jak ci się podoba?- usłyszałam jego niski głos dobierający z tyłu oraz poczułam silne ramiona oplatające moje biodra oraz brodę na ramieniu.
- Jest pięknie.- westchnęłam oczarowana tym miejscem. Było magiczne i niech nikt nie śmie mi zaprzeczać.
- To się cieszę.- zaśmiał się lekko, po czym usadził nas na murku. Siedziałam wtulona w jego klatkę piersiową, a on obejmował mnie ramieniem. Oboje byliśmy przykryci marynarką piłkarza. Popatrzyłam w górę, aby napawać się jego uśmiechem i nieobecnym spojrzeniem skupionym gdzieś w oddali. Jednak nie udało mi się to, gdyż zauważył mnie i się roześmiał. - Obserwujesz mnie?- brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie. Wciąż nie zmienił kierunku wzroku.
- Wcale nie.- wyparłam się tego, choć doskonale wiedziałam, że to zauważył.
- Dalej się gapisz.- zaśmiał się głośniej, na co fuknęłam. Odwróciłam wzrok w drugą stronę. Nie trwało to jednak długo, bo obrócił moją głowę trzymając za podbródek. Próbowałam nie spojrzeć w jego zielone oczy, jednak one wygrały. To nie moja wina, że przyciągają mnie niczym magnes metal. - Już się nie gniewaj moją złośnico.- puścił mi oczko zbliżając się do mnie. Nim się obejrzałam złączył nasze wargi w słodkim i delikatnym pocałunku. Wszytko byłoby idealnie, gdyby nie to, że spadliśmy do tyłu z murka i wylądowaliśmy na plecach. No dobra... Marc wylądował na plecach, a ja na nim. Co nie zmienia faktu, że było to bolesne. Przysunął mnie do siebie, nie przestając całować.
- Marc...- próbowałam przerwać, lecz wychodziło mi to z marnym skutkiem.
- Musisz mi podziękować, że zamortyzowałem twój upadek.- mruczał pomiędzy pocałunkami. Próbowałam się podnieść jednak jego silne dłonie mi to uniemożliwiały.
- Puść, bo będzie szlaban.- zaśmiałam się unosząc głowę, aby nie mógł przerwać mi pocałunkiem.
- Szlaban powiadasz...- uniósł jedną brew ku górze. - Zapowiada się ciekawie.- zamruczał zjeżdżając dłońmi trochę niżej.
- Tak.- wzruszyłam ramionami, na ile pozwalała mi sytuacja. Próbowałam udawać obojętną, lecz słabo mi to wychodziło. Nigdy nie byłam dobrą aktorką.
- W takim razie słucham.
- Koniec z przytulaniem, całowaniem i dotykaniem.- oznajmiłam niczym matka.
- Dotykaniem...- jego dłonie migiem znalazły moje pośladki, a następnie zacisnął na nich palce.
- Bartra!- pisnęłam, jednocześnie uderzając go w ramię. - Molestujesz mnie.
- Nie przypominam sobie nic takiego...- posłał mi niewinny uśmiech. - Nie masz na to świadków.- zaśmiał się za co znowu oderwał.
- Nieważne, wstawaj z ziemi, bo się rozchorujesz.- jęknęłam co miało go ostatecznie skusić do wypuszczenia mnie i rzeczywiście podziałało.
Zaraz po tej sytuacji postanowiliśmy wrócić do domu. Wsiedliśmy do samochodu i Marc ruszył w stronę mojego apartamentowca.


środa, 30 grudnia 2015

Tres

Wyglądała niczym porcelanowa laleczka odłożona w kąt, czekająca na zabranie jej z tego ciemnego i brudnego miejsca.

W piątek otrzymałam obiecane bilety. Nie podobała mi się myśl, że mam zjawić się na trybunach i oglądać znienawidzonego piłkarza, ale obiecałam to Loli, więc byłam zmuszona się tam pojawić. Bardzo cieszyła się na ten mecz. Żeby nie wyglądać jak świeżak pośród tych wszystkich cules, trochę poczytałam na temat klubu mojego sąsiada. On również wiele mi o nim opowiedział. Nawet nauczył mnie stadionowych przyśpiewek.
Na trybunach pojawiłyśmy się dziesięć minut przed czasem. O mały włos, a zgubiłybyśmy się tam. Dobrze, że czuwa nade mną duch w postaci Loli. Jako, że była już na kilku spotkaniach, wiedziała jak poruszać się po stadionie. Ledwo zdążyłyśmy zająć miejsca, a już musiałyśmy wstawać, aby odśpiewać hymn. W jednym momencie po stadionie rozniósł się śpiew kibiców. Nie potrafię nawet opisać uczuć, jakie mnie ogarnęły. Ogromne wrażenie, aż zabrakło mi tchu. Teraz rozumiem, dlaczego ludzie tak bardzo kochają ten klub.
Już kilka minut później rozpoczęto rozgrywkę. Nasi zawodnicy biegali z piłką wymieniając podania. Byłam zaczarowana i siedziałam jak na szpilkach. Przy każdym uderzeniu na bramkę gości podnosiłam się z krzesełka wraz z Lolą i tłumem kibiców. Nie spodziewałam się, że tak bardzo wciągnę się w przebieg meczu. Wodziłam wzrokiem za piłkarzami, którzy w skupieniu rozgrywali akcję, za akcją. Co jakiś czas, gdy jeden z nich przebiegał obok trybuny czułam na sobie jego palące spojrzenie. Podnosiłam wtedy dumnie głowę, nie przerywając oglądania.
Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. Obie byłyśmy lekko zawiedzione, ale wierzyłyśmy, że chłopcy będą mieli jeszcze nie jedną okazję. Takowa przydarzyła się w osiemdziesiątej czwartej minucie. Iniesta rozpędzał się z piłką od Mascherano. W połowie boiska lekko rozejrzał się w poszukiwaniu kolegów. Dostrzegł nadbiegającego Messiego, który moment później znajdował się w polu karnym z jednym obrońcą. Hiszpan podał mu futbolówkę, a Argentyńczyk spokojnie przełożył ją na lewą nogę i skierował w światło bramki. Cały stadion w jednym momencie podniósł się z miejsc i zaczął wykrzykiwać jego imię. My również się przyłączyłyśmy. Byłyśmy przeszczęśliwe.
Dalej już nic ciekawego się nie stało. Pique i spółka w postaci Alby, Bartry i Roberto tylko przez chwilę mogli bać się o wynik. Resztę robili pomocnicy na środku boiska.
Zrozumiałam magię tego miejsca, która dotąd była mi zupełnie obca. Ich po prostu nie da się nie kochać. Tu wszystko jest niesamowite. Poczynając od rozmiarów stadionu, aż po każde podanie piłkarzy. Mimo że sprawia mi to ogromne problemy, muszę przyznać, że Neymar wiele się nauczył od czasu naszego ostatniego spotkania. Zrobił bardzo duże postępy i muszę to bezsprzecznie przyznać.
Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie jego spojrzenia. Nie chciałam żeby to robił, nie chciałam żeby tak się na mnie patrzył. Miałam dość tej chorej sytuacji. Nie wytrzymywałam już tego. Niespodziewanie dostałam SMSa od Roberto z treścią, żebyśmy czekały przy szatni. Powiedziałam to Loli, po czym powędrowałyśmy we wskazane miejsce. Z szatni wychodzili kolejni piłkarze, którzy witali się z nami, a my gratulowałyśmy im meczu. Szczególne gratulacje dostał nie kto inny jak Andres i Leo. Chwilę po nich wyszedł Neymar z Danim. Przechodząc młodszy Brazylijczyk najpierw obejrzał moją przyjaciółkę od góry do dołu, potem mnie, a na koniec posłał nam cwaniacki uśmieszek. Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka, aby nie wybiec i nie rzucić się na niego z pięściami. Prowokował mnie i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nienawidzę go! Spojrzałam na Lolę, której chyba spodobało się jego zachowanie. Wydawało się, że wystarczyłoby jedno pstryknięcie palcami przez piłkarza, a ona by za nim poleciała. Muszę z nią o tym porozmawiać. Nie mogę pozwolić żeby ją zranił.
Całe szczęście, że po chwili z szatni wyszedł Sergi w towarzystwie Marca. Obaj przywitali nas buziakami w policzek.
- Co powiecie na małą imprezę?- spytał blondyn. Lola od razu się zgodziła, jednak ze mną było trochę trudniej. Nigdy nie przepadałam za głośną muzyką i alkoholem.
- Wrócę do domu, a wy bawcie się dobrze.- posłałam im ciepły uśmiech. Nie chciałam psuć im zabawy.
- Ale bez ciebie to nie będzie to samo.- jęknął zawiedziony. Marc natomiast posłał mi szeroki uśmiech numer cztery, przez który byłam bliższa zgodzeniu się. Nie przestawał na mnie patrzeć. Cholera no!
- Dobrze, niech wam będzie.- westchnęłam. Piłkarze się ucieszyli, a Lola zapiszczała.
Wyszliśmy ze stadionu, od razu kierując się do samochodu Roberto. Bartra zajął miejsce pasażera na przednim fotelu, a my usiadłyśmy z tyłu. Piłkarze zajęli się rozmową, zapewne na temat meczu, a ja obróciłam się w stronę rozmarzonej Hiszpanki.
- Lola...- szepnęłam, a ta spojrzała na mnie.
- Tak?- spytała wyrwana z zamyślenia.
- Musimy porozmawiać.- westchnęłam cicho. Naprawdę nie było to dla mnie łatwe. Przecież to ja znałam go lepiej i doskonale wiedziałam jak zakończy się ich znajomość. - Chodzi o Neymara.- powiedziałam szybko.
- Ale przecież go nie znam.- posłała mi pytające spojrzenie, wzruszając przy tym ramionami.
- Wiem, ale widziałam jak na niego patrzysz. Proszę cię uważaj na niego.- spojrzałam jej w oczy.
- On nie jest taki, na jakiego kreują go media. Nie wierz im.- zaczęła go bronić, co mnie trochę zraniło. Kogo ona chce oszukać. To ja znałam go lepiej. To ja wiedziałam jaki jest.
- Nie wiem, co jest prawdą, ale błagam cię uważaj.- jęknęłam, a naszą rozmowę przerwał Sergi oznajmiając, że jesteśmy na miejscu. Wysiadłam z samochodu z małą pomocą Marca. Podziękowałam mu szerokim uśmiechem.
- Do kogo nas porwaliście?- spytałam oglądając budynek. Dom był ogromny i z zewnątrz wyglądał nie najgorzej, wręcz przeciwnie, był bardzo ładny.
- Do Busiego. Dzisiaj jego kolej.- zaśmiał się mój blondynek. Pokiwałam głową, a Marc zadzwonił dzwonkiem. Chwilę później w progu stał gospodarz i witał nas ze swoim tradycyjnie szerokim uśmiechem. Weszliśmy do środka. Impreza na dobre się zaczęła, a część piłkarzy była już nietrzeźwa.
- Napijecie się czegoś?- spytał nas brunet.
- Ja na razie dziękuję.- posłałam mu uśmiech, rozglądając się po pomieszczeniu. Lola poprosiła o drinka. Marc zniknął, a Sergi poprowadził nas dalej. Na kanapie w salonie siedziało kilka dziewczyn. To musiały być słynne Wag's. Przywitał się z nimi.
- Dziewczyny poznajcie moją sąsiadkę i jej koleżankę. To Vivienne, a to Lola.- wskazał kolejno na mnie oraz na Hiszpankę. Zaczęły nam się przedstawiać. Z nich wszystkich znałam tylko Shakirę z wiadomych powodów. Lola natomiast znała je wszystkie. Pewnie dlatego że kibicowała ich partnerom. Zaprosiły nas na kanapę i pogrążyłyśmy się w interesującej rozmowie. Nie spodziewałam się, że będą tak miłe. Pozytywnie mnie zaskoczyły.
- Wybaczcie na moment, Elena, gdzie jest łazienka?- spytałam pięknej partnerki Busquetsa.
- Naprzeciwko kuchni lub na górze są dwie.
- Dziękuję.- uśmiechnęłam się i wyszłam. Skierowałam się do tej na dole, ponieważ była najbliżej. Sprawdziłam stan makijażu, po czym opuściłam pomieszczenie. Przechodziłam obok jednego z pokoi, kiedy usłyszałam rozmowy. Przystanęłam, aby posłuchać. Wiem, że to nieładnie, ale mówili o moim sąsiedzie.
- Serio znasz laskę Roberto?- spytał jeden z mężczyzn.
- Nawet nie wiesz jak bardzo.- cwaniacko się zaśmiał. - Poznaliśmy się jeszcze w Brazylii.
- Dobra była?- znów usłyszałam tego pierwszego.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo. Zwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc.- znów rozniósł się jego okropny śmiech, a ten pierwszy zagwizdał. Doskonale znałam jeden z głosów. Czułam jak wściekłość coraz bardziej we mnie narasta. - Jeszcze będzie moja.- zakończył pewnym siebie tonem, a ja wściekła wtargnęłam do pokoju. Chwyciłam szklankę stojącą na małym stoliku i wylałam jej zawartość na koszulę młodszego Brazylijczyka.
- Dupek!- syknęłam wściekła. Ten kolejny raz cwaniacko się uśmiechnął. Miałam już tego dosyć.
- Ostra, lubię takie.- zaśmiał się głośno, a ja powtórzyłam czynność z drugą szklanką, a następnie bez słowa wyszłam. Wściekła udałam się na taras, aby odetchnąć świeżym powietrzem i się uspokoić. Ktoś stanął za mną. Wystraszona obróciłam się w tamtą stronę. Myślałam, że to znowu on, że będzie chciał mi coś zrobić, jednak okazało się, że był to Bartra. Uśmiechnąłem się lekko czując, jak kamień spada mi z serca.
- Stało się coś?- spytał widząc moje zmiesznie.
- Wszystko w porządku.- posłałam mu najmniej sztuczny uśmiech, jaki potrafiłam zrobić. Objął mnie, co sprawiło, że się zdziwiłam.
- Jesteś spięta- zaśmiał się lekko. - Chodź.- pociągnął mnie na leżak. Usiadł na nim okrakiem, a mnie usadził przed sobą w tej samej pozycji plecami w jego stronę. Powoli zaczął jeździć dłońmi po moich plecach. Poczułam jak się rozluźniam, a cała złość odchodzi. Było mi bardzo przyjemnie i wcale nie czułam się niezręcznie. Po dziesięciu minutach zakończył masaż, a ja oparłam się o jego miarowo unoszącą się klatkę piersiową.
- Jesteś cudotwórcą.- zaśmiałam się spoglądając na niego.
- Po prostu mam ręce, które leczą.- posłał mi szeroki uśmiech, pokazując swoje dłonie.
- Nie mogę zaprzeczyć.- odwdzięczyłam mu się słodkim uśmiechem. Marc nieznacznie przybliżył swoją twarz do mojej, gdyż i tak byliśmy już blisko siebie. Spojrzał mi w oczy, a następnie złączył nasze wargi. Na początku nie odwzajemniłam jego gestu. Byłam w szoku, ale już po chwili chęć przyjemności wygrała. Całował tak delikatnie, a zarazem czule.
- Marc my, ja, znaczy...- próbowałam przerwać, lecz utrudniał mi to zadanie kolejnymi pocałunkami.
- Cicho.- zaśmiał się i znów wpił w moje wargi. Wplotłam palce w jego ciemne włosy, przymykając jednocześnie oczy. Już dawno nie czułam się tak dobrze, a on dał mi chwilę zapomnienia.
- Marc!- ktoś go zawolał. Natychmiast przerwaliśmy, jednak zderzyliśmy się przy tym głowami. Rozmasowywałam obolałe miejsce, gdy przed nami pojawił się Sergi. - Pique cię woła.- oznajmił powoli, głosem pełnym zdziwienia. Marc wstał z leżaka, całując mnie w bolące miejsce i z szerokim uśmiechem zniknął we wnętrzu domu. - Co to było?- spytał.
- Ale co?- uniosłam ręce w geście niewinności.
- Czy wy się całowaliście? Już jesteście parą? Dlacze nic nie mówiłaś?- zasypał mnie lawiną pytań, na które znałam odpowiedzi.
- Ciii... Nie krzycz.- zamknęłam jego usta swoją dłonią. - Nie jesteśmy parą, po prostu jakoś tak wyszło.- wzruszyłam ramionami. - Czy ktoś oprócz ciebie to widział?
- Chyba tylko Neymar. Mijałem go wyjściu.- oznajmił, a mi samowolnie na usta wpełz cwaniacki uśmiech. - Czy wy coś kombinujecie?- uniósł jedną brew.
- Nie.- pokręciłam głową. - Po prostu... Po prostu to samo tak wyszło. Chodź do środka. Chyba muszę się napić.- zaśmiałam się chwytając jego dłoń i ciągnąc go w stronę drzwi.
W salonie spotkaliśmy Gerarda oraz Marca, którzy z zaangażowaniem o czymś dyskutowali. Brunet posłał mi szeroki uśmiech, co odwzajemniłam. Przeszliśmy do kuchni, gdzie Sergi zrobił nam jakieś drinki. Spróbowałam, okazał się bardzo dobry. Niestety ktoś go zawołał i niczym z rakiety wystrzelił do salonu.
- Zaczekaj tutaj, jak wrócę dokończymy rozmowę.- pogroził mi palcem, a ja kiwnęłam głową i lekko się uśmiechnęłam. Siedziałam na blacie machając nogami. Nie trwało to zbyt długo, gdyż po chwili w pomieszczeniu pojawił się młody Brazylijczyk. Odwróciłam wzrok za okno, udając iż jego obecność nie robi na mnie żadnego wrażenia. Lekko drgnęłam ze strachu, gdy poczułam, jak rozsuwa moje uda i zajmuje między nimi miejsce. Otworzyłam usta ze zdziwienia.
- Co ty wyrabiasz?- spytałam z wyrzutem.
- Odbieram co moje.- położył rękę na moim udzie. - Wiem, że tęskniłaś.- szepnął zbliżając do mnie swoją twarz.
- Nie, nie tęskniłam! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?!- krzyknęłam zdenerwowana. Odepchnęłam go, ale był silniejszy, więc nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. - Kim jesteś żeby mówić takie rzeczy?!
- Czyli co? Wolisz Bartrę?!- spytał podniesionym głosem.
- Żebyś wiedział.- zaplotłam ręce na piersi.
- Już znalazłaś pocieszenie?!
- Jest dużo lepszy niż ty!
- Ile go znasz, dwa tygodnie?! Zobaczysz, zrani cię!
- Bardziej niż ty?!- uniosłam brew śmiejąc mu się w twarz.
- Zmieniłaś się.- z powrotem uspokoił głos. Pokręcił z dezaprobatą głową. - Nie poznaję cię.
- A ty w ogóle się nie zmieniłeś. Daj mi spokój.- warknęłam.
- Dobrze, ale będziesz tego żałowała.
Byłam zakręcona, a mój mózg słabo łączył fakty. Stanął na palcach i złączył nasze wargi. Na początku odwzajemniłam jego pocałunek, ale już po chwili odepchnęłam od siebie o wiele silniejszego piłkarza. Uderzyłam go w twarz.
- Nienawidzę cię.- syknęłam, a w progu pojawił się Sergi. Neymar odszedł z cwaniackim uśmiechem, natomiast Hiszpan stał zdezorientowany wodząc po nas wzrokiem.
- Kiedyś Ci to wytłumaczę.- powiedziałam podchodząc do niego. Miałam wrażenie, że lada chwila się rozpłaczę. - Jestem beznadziejna.- jęknęłam powstrzymując łzy. Nie tak to miało wyglądać. Miałam go już nigdy nie spotykać, a on mnie pocałował. Nie wiem co wtedy czułam. Czy ten pocałunek niósł ze sobą jakieś uczucia? Może chwilowy sentyment. Pojawił się równie szybko jak zniknął.
- Nie jesteś.- objął mnie mocno. - Jeśli będziesz chciała mi powiedzieć, zawsze cię wysłucham, nawet w nocy.- pogłaskał mnie po plecach. Ta chwila była dość długa i została przerwana przez Marca.
- Szukam was już od pięciu minut.- zaśmiał się, lecz musiał zauważyć moją minę, gdyż uśmiech zniknął z jego twarzy. Podbiegł do nas i przejął mnie w swoje ramiona. Przeczesał moje włosy. - Hej, co się dzieje?- spytał z troską.
- Nic, wszystko w porządku.- posłałam mu ciepły uśmiech patrząc w jego zielone oczy. - Nie przejmuj się mną. Wiesz, że kobiety są zmienne.- dźgnęłam go palcem w umięśniony tors.
- Faktycznie.- zaśmiał się głośno. - Chodź, idziemy zatańczyć.- splótł nasze palce i poprowadził na parkiet.
Przetańczyliśmy kilka szybkich piosenek, a kiedy miałam odejść z głośników popłynął wolny utwór. Marc przyciągnął mnie bliżej siebie i ułożył dłonie na talii, ja natomiast zarzuciłam swoje na jego szyję. Kołysaliśmy się w rytm nastrojowej muzyki zapatrzeni w swoje oczy. Jego spojrzenie hipnotyzowało. Te zielone oczy, za którymi mogłabym pójść nawet na koniec świata. Nie musiał robić nic, aby uwodzić kobiety. Wystarczy słodki uśmiech i jedno spojrzenie. Na chwilę oddaliłam głowę. Zobaczyłam Neymara tańczącego z Lolą. Cwaniacko się uśmiechał. To nie wróży nic dobrego. Mam tylko nadzieję, że mnie posłucha. Niespodziewanie poczułam jak Bartra mnie obraca i znowu wpadam w jego silne ramiona. Wtuliłam się w niego z postanowieniem, że nie będę się przyjmowała tamtą dwójką. Ją ostrzegałam, a on jest po prostu dupkiem. Marc przechylił nas tak, że poczułam jego ciepły oddech na swojej szyi. W brzuchu latało mi stado dzikich motyli, które już się tam zadomowiły. Przejechał dłonią wzdłuż mojego ciała, co spowodowało, że jeszcze bardziej go pragnęłam. Cholera Vivienne! Znasz go dopiero kilka tygodni. Nie bądź łatwa. Znów powróciłam do pozycji stojącej. Piosenka dobiegła właśnie końca, więc pociągnęłam Marca na sofę. Pierwszy zajął na niej miejsce, a gdy siadałam chwycił mnie za biodra, sprawiając, że wylądowałam na jego kolanach. Lekki rumieniec na chwilę przyozdobił moje policzki. Schowałam twarz we włosy. Po chwili podniósł mój podbródek sprawiając, że patrzyłam w jego zielone oczy. Nachylił się nade mną, aby na moment złączyć nasze usta w słodkim pocałunku. Nie trwało to jednak długo, gdyż wokół nas zebrało się kilku piłkarzy, którzy również zajęli miejsca na sofie. Ich zebranie sprawiło, że zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Nigdzie nie widziałam Loli i... Neymara. Oboje zginęli w jednym momencie. Proszę Lola nie rób tego. Modliłam się w duchu, by przemówił rozsądek dziewczyny, a nie pożądanie. Chciałam jej szukać, ale co bym jej wtedy powiedziała? Nie rób tego, bo co?
- No stary kiedy ślub?- trącił go łokciem Pique, jednocześnie wytrącając mnie z zamyślenia.
- Dopiero jak zatańczę na twoim weselu.- odgryzł mu się młodszy z obrońców.
- Uważaj na niego to dobry podrywacz.- Messi poruszył zabawnie brwiami, w tym samym momencie wbijając mi palec w żebra.
- Dobrze, a jak coś mi zrobi to przyjdę do was żeby dostał porządną nauczkę.- zachichotałam na co Bartra zareagował udawanym oburzeniem.
Było kilka minut przed piątą nad ranem, gdy w towarzystwie Marca oraz Roberto opuszczaliśmy dom Busquetsa. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi, którzy cokolwiek rozumieli. W bramie minęliśmy się z Neymarem i Lolą. On patrzył na mnie, ja mroziłam go wzrokiem, a Hiszpanka niczym zaczarowana wlepiała w niego wzrok. Nie wiem co jej powiedział, ale podziałało. Nie miałam już żadnych złudzeń. Była gotowa zrobić dla niego wszystko, a ten perfidny oszust ją okłamał. Wtuliłam się w Bartrę żeby zapomnieć o Brazylijczyku i dalej wracaliśmy do domów


~~~
Nie wiem czy mam tu jakiś czytelników, czy nie, ale chciałabym złożyć wam życzenia jeszcze w 2015 roku. Mam nadzieję, że był on dla was równie udany co dla mnie. :) 
Życzę wam wszystkiego co najlepsze, a przede wszystkim, spełnienia marzeń, bo wtedy jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Wytrzymajcie w swoich postanowieniach. Wiem, że warto. No i żeby ten nadchodzący rok był jeszcze lepszy. :D 

piątek, 18 grudnia 2015

Dos

Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie.

Z samego rana zadzwoniłam do pracy. Oznajmiłam im, że dzisiaj się tam nie pojawię oraz, że całą pracę wykonam w domu. Miałam szczęście, że na dzisiaj nie miałam nikogo zapisanego, pomijając kilku nowych pacjentów, których i tak przejmie ktoś inny. Byłam rozbita. Nie chciałam przejmować się osobnikiem płci męskiej pochodzącym z Ameryki Południowej, lecz obecnie zamieszkującym w Barcelonie, o naturze dzikiej i aroganckiej, polującym na kolejne samice swojego gatunku. Nie wstając nawet z łóżka, położyłam laptopa na kolanach zaczynając pracę. Miałam dzisiaj dużo energii, którą chciałam zużyć właśnie na planowanie. W tym tygodniu grafik mnie nie rozpieszczał, do tego doszedł klub. Lubiłam swoją pracę, ale czasami po prostu czułam się już trochę zmęczona.
Po kilku godzinach, gdy wybrałam osoby kończące swoje leczenie, postanowiłam coś zjeść. Zbliżało się południe, więc najwyższa pora na śniadanie. Powoli wstałam z łóżka i skierowałam się do kuchni. Otworzyłam lodówkę, zaczęłam szukać czegoś do zjedzenia, lecz zastałam tam jedynie pustki. Czekały mnie zakupy, które odkładałam już tydzień. Założyłam jasne jeansy, luźną bluzkę oraz spięłam włosy w koka. W jednym zdaniu: naturalność ponad wszystko. Zabrałam kluczyki do samochodu i torebkę, po czym wyszłam na korytarz. Przycisnęłam guzik, aby przywołać windę. Drzwi się otworzyły, a w środku zobaczyłam Roberto. Na mój widok szeroko się uśmiechnął, czym zaraził również mnie. Weszłam do środka, zajmując miejsce obok piłkarza.
- Witam piękną sąsiadkę.
- Witam przystojnego sąsiada.- posłałam mu szeroki uśmiech.
- A ty nie w pracy?- spytał z zaciekawieniem.
- Postanowiłam zrobić wszystko w domu.
- W takim razie zapraszam cię na kawę.- zaproponował. Spod burzy loków na jego czole widać było jego niebieskie oczy, które wpatrywały się we mnie z nadzieją. Był uroczy. - Nie daj się prosić.- czarująco się uśmiechnął. Westchnęłam cicho i rozbawiona pokręciłam głową.
- Dobrze, ale tylko na chwilę, bo muszę zrobić zakupy. W mojej lodówce można znaleźć jedynie powietrze.- oznajmiłam, na co piłkarz zareagował salwą śmiechu.
- W takim razie śniadanie i kawa.- pociągnął mnie za rękę, jak się domyślam w stronę swojego samochodu. Nie myliłam się. Otworzył mi drzwi i gestem ręki zaprosił do środka. Chwilę później odpalił auto i wyjechał z podziemnego parkingu.
- Nie wierzę, że to robię.- zaśmiałam się cicho, a on kątem oka na mnie spojrzał. - Siedzę w samochodzie obcego mężczyzny, a na dodatek nie mam pojęcia, gdzie mnie wiezie.- pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Mnie się nie musisz bać.- głośno się zaśmiał. - Gorzej by było, gdybyś jechała z Neymarem.- dodał, a mój uśmiech jakby zginął. Przełknęłam ślinę i popatrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami. Potrząsnęłam głową, aby oczyścić ją z niepotrzebnych myśli. - Stało się coś?- spytał przejęty.
- Nie, nie.- posłałam mu ciepły uśmiech. Nastała cisza, która była przerywana jedynie przez cicho grające radio. Nagle usłyszałam moją ulubioną piosenkę, więc zaczęłam śpiewać. Zupełnie zapomniałam, że jestem w samochodzie sąsiada. Czułam się beztrosko.
- Bardzo ładnie śpiewasz.- oznajmił, gdy utwór się zakończył, a on zatrzymał samochód. Oblałam się rumieńcem. - Jesteśmy na miejscu.- dodał. Nie zdążyłam otworzyć drzwi, gdyż piłkarz jako pierwszy to uczynił. Podziękowałam mu, po czym weszliśmy do środka. Usiedliśmy przy stoliku schowanym gdzieś w rogu. Nie dziwiłam się dlaczego wybrał właśnie to miejsce. Chciał mieć spokój i doskonale to rozumiałam. Wracając wczoraj z pracy zaczęłam bardziej przyglądać się miastu. Wszędzie znajdowały się ich podobizny zapraszające na mecz, czy do kupna jakiegoś produktu. Podeszła do nas dziewczyna w moim wieku.
- Wybrali już państwo?- spytała patrząc na Sergiego, nerwowo ściskając przy tym notes.
- Tak, poprosimy Mochę czekoladową i... Viv co chcesz?
- To samo.- uśmiechnęłam się lekko spoglądając na chłopaka.
- W takim razie to dwa razy oraz naleśniki z truskawkami i Nutellą.- kelnerka skinąła głową na znak, że nas zrozumiała po czym odeszła w stronę baru.
- A ty nie jesz?- spytałam.
- Nie.- odpowiedział krótko. - Na słowa o Neymarze zareagowałaś jak drugą połowa dziewczyn.- posłałam mu pytające spojrzenie. - Część z was chce go tulić i całować, a druga ma ochotę go pobić.- zaśmiał się głośno, czym zwrócił na siebie uwagę gości. Nie podobało mi się, że zaczął ten temat. Nie chciałam o nim słyszeć. Już miałam coś powiedzieć, gdy zjawiła się kelnerka z naszym zamówieniem. Zestwiła naczynia z tacy posyłając Roberto słodki uśmiech. On natomiast wrogo na nią popatrzył, by dać jej do zrozumienia, że nie ma czego tu szukać. Musiał być przekonujący, ponieważ równie szybko jak się pojawiła, tak odeszła.
- Dlaczego ją spławiłeś? Ona ewidentnie na ciebie leciała. Przecież to mogła być matka twoich dzieci.- zaśmiałam się na co skarcił mnie spojrzeniem. Zapewne gdyby można było zabijać wzrokiem, już dawno bym nie żyła.
- Tak, jak Neymar twoich.- odpowiedział. Ze zdziwienia otworzyłam szeroko usta i oczy, a widelec z kawałkiem naleśnika zatrzymałam w połowie drogi do mojej buzi. Byłam zaskoczona, zszokowana... To po prostu nie mieściło mi się w głowie.
- Nie wiem skąd masz takie pomysły, ale nic nigdy mnie z nim nie łączyło i nie będzie łączyło.- warknęłam wstając od stołu, rzucając widelcem o talerz. - Dziękuję za śniadanie, ale muszę już iść.
Otwierałam drzwi, gdy poczułam uścisk na swoim nadgarstku. Obróciłam się i zobaczyłam smutną twarz Sergiego.
- Wybacz nie powinienem tak mówić, ale widziałem jak się na ciebie nakręcił.
- Nie obchodzi mnie to.
- Proszę wróć do stolika. Obiecuję, że już nigdy więcej nie poruszę tego tematu.- wpatrywał się we mnie tymi smutnymi, niebieskimi oczyma. Mimo że wciąż czuję urazę to mu wybaczę.
- Dobrze, ale żeby mi to było ostatni raz.- pogroziłam mu palcem. Uśmiechnął się szeroko po czym wróciliśmy do stolika. Dokończyłam moje naleśniki, które okazały się przepyszne. Wiele się o nim dowiedziałam. Nie raz wybuchłam śmiechem. Sergi jest bardzo pozytywną postacią. Cięsze się, że jest moim sąsiadem.
- Co robisz później?- spytał zaraz po zapłaceniu rachunku.
- Teraz idę po zakupy, a wieczór spędzę z laptopem lub przed telewizorem.- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- A może chciałbyś wybrać się na nasz trening?
- Dziękuję za zaproszenie, ale nie skorzystam. Może innym razem.
- No dobrze.- westchnął zasmucony.
- Wybacz, ale pędzę do sklepu.- pocałowałam go w policzek i odeszłam. - Do zobaczenia.- krzyknęłam obracając się w tamtą stronę, gdy wsiadał do samochodu.
Do domu wróciłam już po godzinie. Mówiąc szczerze ledwo tam dotarłam. Zakupy ważyły ze sto kilo, a ilość toreb jeszcze bardziej mnie przytłaczała. Rozpakowałam je, wystawiając wszystko do szafek. Włączyłam ekspres i zrobiłam sobie kawę. Tak, jestem od niej uzależniona. Jedni piją alkohol, inni palą papierosy, a ja preferuję ten czarny napój. Zabrałam kubek oraz laptopa i zasiadłam z nim na sofie. Postanowiłam, że wreszcie zacznę oglądać dokumentację medyczną zawodników FC Barcelony. Dopiero wtedy dotarło do mnie iż zapomniałam jej stamtąd zabrać. Natychmiast zadzwoniłam do Loli, aby sprawdziła, czy nie zabrała kart ze sobą. Niestety miałam pecha i musiałam jechać do klubu. Zabrałam bluzę i kluczyki po czym pognałam do ośrodka treningowego. Zaparkowałam przed budynkiem ledwo znajdując miejsce. Wjechałam swoim małym Mini Cooperem pomiędzy dwa terenowe audi. W gąszczu samochodów odnalazłam auto należące go Roberto. Czyli pierwsza drużyna miała trening... Otworzyłam szklane drzwi kierując się do recepcji. Przedstawiłam zaistniały problem młodej dziewczynie, a ona zadzwoniła do gabinetu prezesa. Wyszedł stamtąd po piętnastu minutach, pożegnał się ze starszym mężczyzną i dopiero wtedy mnie dostrzegł.
- Dobry wieczór.- przywitał się z uśmiechem.
- Dobry wieczór.- uścisnąłem jego dłoń. - Przyjechałam, bo zapomniałam dokumentacji chłopców.- powtórzyłam to co powiedziała mu wcześniej sekretarka.
- Musisz iść do Ignacio, on wszystko Ci da. Powinien być gdzieś na boisku.- przytaknęłam na znak, że zrozumiałam, po czym ruszyłam w stronę wyjścia. Nagle poczułam uderzenie, lecz w ostatniej chwili ktoś mnie złapał. Zaklęłam pod nosem nie dowierzając w to się dzieje. Drugi raz potrąciła mnie ta sama osoba.
- Witaj Vivienne.- cwaniacko się uśmiechnął. Nasze ciała były naprawdę blisko. Nie podobała mi się ta sytuacja. Jak najszybciej wyrwałam się z jego uścisku, co sprawiało mi małe problemy i uciekam. Zatrzymałam się tuż za zakrętem. Oparłam się o słupek, po którym zjechałam plecami. Zaśmiałam się gorzko kręcąc z niedowierzaniem głową. To nie mogła być prawda. Złe wspomnienia zaczęły wracać. Nie chciałam o tym myśleć. Tamten czas był zamkniętym rozdziałem, więc tak powinno zostać.
Znalazłam lekarza, wyjaśniłam zaistniałą sytuację, a on zabrał mnie do gabinetu, gdzie miał schowane kopie badań i wszystkich kontuzji. Po tym najszybciej jak mogłam wróciłam do domu. Usiadłam na sofie próbując zająć się wynikami jednak wszystko kończyło się fiaskiem. Miałam nadzieję, że nigdy go nie spotkam. I tak zbyt dużo kosztowało mnie oglądanie meczu reprezentacji, czy mijanie reklam lokalnego klubu. Nienawidzę go z całego serca. Myślałam, że w tak dużym mieście jak Barcelona nigdy się nie spotkamy.
Odstawiłam laptopa na stolik po czym wyszłam na balkon. Musiałam nabrać świeżego powietrza. Rzeczywiście mi pomogło. Przestałam wspominać i wróciłam do pracy. Do łóżka położyłam się kilka minut przed czwartą. Skończyłam czytanie i mimo że tyle to trwało nie czułam zmęczenia. Kocham to co robię. Jestem tą szczęściarą, której praca jest równocześnie pasją.



piątek, 4 grudnia 2015

Uno

Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń otwarta w połowie.


Wstałam jak zawsze o godzinie ósmej, wypiłam kawę, ubrałam się, nałożyłam lekki makijaż, a włosy upięłam w warkocz, aby nie przeszkadzały mi podczas pracy. Wyszłam z domu, wsiadam do mojego małego, miejskiego autka, a następnie ruszyłam w kierunku kliniki. Zabrałam stamtąd Lolę, która miała być moją asystentką. Tak się złożyło, że robiła u nas staż, a jako że była bardzo dobra wzięłam ją do pomocy. Kto wie, może zostanie ze mną na dłużej.
Zatrzymałam samochód na parkingu przed dużym budynkiem. Widniały na nim logo klubu oraz imię i nazwisko jak mniemam założyciela. Wysiadłyśmy z niego, po czym skierowałyśmy się do środka. W recepcji powiedziano nam, że prezes jest gdzieś na obiekcie i prowadzi rozmowę z jednym z trenerów. Trochę mnie to zdenerwowało, bo myślałam, że nie zajmie mi to wiele czasu.
Wyszłam przez szklane drzwi, zostawiając Hiszpankę w środku. Była pochłonęła oglądaniem zdjęć oraz czytaniem różnych artykułów wywieszonych na ścianach. Miałam dziwne przeczucie, że stanie się coś złego. Moje odczucia potęgował fakt, że znalezienie prezesa było jak znalezienie igły w stogu siana, czyli niewykonalne.
Szłam przed siebie tracąc nadzieję na jego znalezienie. Akurat patrzyłam w lewo, kiedy poczułam mocne uderzenie w plecy, a następnie upadam na betonowy chodnik. Popatrzyłam na bolącą nogę, która zrobiła się lekko czerwona od sączącej się z niej krwi. - Jest pan ślepy?- krzyknęłam zdenerwowana nawet nie patrząc na sprawcę mojego upadku. Z pomocą Loli, która właśnie do mnie dobiegła udało mi się podnieść z ziemi.
- Ja przepraszam, ale...- przerwał w połowie zdania.
- Co się tu dzieje?- spytał prezes, który właśnie wyszedł przez szklane drzwi. - Przeproś panią i idź na trening.- rozkazał.
- Ja naprawdę nie chciałem.- powiedział jeszcze raz, lecz skierował te słowa bardziej do swojego pracodawcy niż do mnie. Dopiero teraz na niego spojrzałam. Poczułam, jak krew jeszcze bardziej buzuje w moich żyłach. Moja wściekłość osiągnęła właśnie maksimum. Prychnęłam, otrzepując spodenki z piasku. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek go spotkam. Bal po zakończeniu liceum sześć lat temu miał być naszym ostatnim spotkaniem. Nienawidziłam go z całego serca, a teraz jestem na niego wściekła jeszcze bardziej. Od zawsze był bezczelny, ale dzisiaj przeszedł wszelkie granice. Równie szybko jak nie pojawił, tak zniknął. Jak zawsze uciekał od odpowiedzialności.
- Przepraszam za niego. Nasi chłopcy czasem bywają roztargnieni, ale to dobrzy ludzie i piłkarze.- powiedział prezes, starając się wytłumaczyć zawodnika. Widziałam, że mu zależy. Poza tym nie chciałam żeby wziął mnie za rozkapryszoną dziewczynkę. Wtedy mógłby chcieć kogoś innego, a ja musiałabym pożegnać się z posadą, na którą tak ciężko pracowałam.
- Nic się nie stało to tylko małe otarcie.- oznajmiłam unosząc kąciki ust. Musiałam udawać, że nic się nie stało. W zasadzie gdyby był to ktoś inny, nie miałabym nic mu za złe.
- O widzę, że idzie nasz lekarz. Może poproszę go, aby opatrzył pani nogę.- zaproponował ze szczerym uśmiechem.
- To naprawdę nic takiego.- odpowiedziałam spoglądając na coraz mniej krwawiące kolano. Nie wyglądało najlepiej, ale nie lubiłam kiedy ludzie robili sobie problem z mojego błachego powodu.
- Nalegam, Ignacio mógłbyś zobaczyć tę nogę, pani doktor miała wypadek. Nasz Brazylijczyk na nią wpadł.- powiedział do mężczyzny w koszulce z herbem klubu oraz z ogromną apteczką.
- Jasne Sandro. Zapraszam za mną.- posłał mi ciepły uśmiech. W sumie to dobrze, że ktoś się tym zajmie. Przynajmniej nie będę chodziła z poranioną nogą. Posadził mnie na murku, a następnie przemył ranę. W tym czasie trochę się poznaliśmy, jako że mamy razem pracować. Był ode mnie starszy o jakieś dziesięć lat, a mimo to złapaliśmy dobry kontakt.
Już po kilku minutach szłam obok prezesa Bartomeu. Kierowaliśmy się do jego gabinetu, gdzie miałam zapoznać się z wymaganiami. Zajęło nam to dłuższą chwilę. Hiszpan okazał się miłym człowiekiem. Wiele mi opowiedział, a na koniec zarządził, że pozna mnie z moimi przyszłymi współpracownikami oraz podopiecznymi.
Zatrzymaliśmy się na boisku, gdzie biegało około trzydziestu mężczyzn. Na ich twarzach widziałam pasję, która była porównalna do tej, którą ja czuję. Prezes podszedł do mężczyzny, który miał na sobie inny kolor koszulki, taki sam jak Ignacio. Z resztą jego również odnalazłam pośród sztabu. Zamienili parę zdań, przywołali mnie do siebie, po czym piłkarze nas otoczyli.
- Co tu się dzieje?- spytał jeden z nich. Był średniego wzrostu i miał lekko siwe włosy, które powoli zaczynały wypadać. Wydawał się na najstarszego w tym gronie. Miałam wrażenie, że gdzieś wcześniej go spotkałam.
- Jak pamiętacie Pablo odszedł z powodów rodzinnych, a my nie możemy pozwolić sobie na brak rehabilitanta, szczególnie teraz, kiedy zaczynamy sezon, a paru chłopców zmaga się z kontuzjami.- wskazał na mnie wyjaśniając sytuację zaistniałą w klubie.
- Dzień dobry, Vivienne. Już niedługo będziemy razem pracować.- przedstawiłam się, a oni ustawili się w kolejce żeby uścisnąć moją dłoń. Niestety w tłumie znalazł się również sprawca mojego dzisiejszego nieszczęścia. Uśmiechał się do mnie cwaniacko i puszczał oczko. Miałam ochotę podejść do niego, by uderzyć go w twarz. Przez te sześć lat wcale nie wydoroślał. Jest tak samo arogancki, jak był. Niektórzy ludzie nigdy się nie zmienią.
- Oto moi piłkarze.- zaśmiał się prezes. - W ramach zadośćuczynienia za dzisiejszy wypadek chciałbym podarować pani dwa bilety na ich najbliższy mecz.- dodał po chwili namysłu.
- Dziękuję, ale to naprawdę nic wielkiego. Przecież nic mi się nie stało.- nie musiał robić ze mnie królowej Elżbiety. Chciałam tylko stamtąd uciec, aby być jak najdalej od dawnego znajomego. To było zbyt dużo emocji jak na jeden dzień.
- Zgódź się Vivienne.- powiedział jeden z trzech piłkarzy,  których znałam. Był to Leo Messi. - Założę się, że nigdy nie byłaś na meczu i nie wiesz jakie to przyjemne uczucie.- dodał.
- Kilka lat temu zdarzyło mi się być na kilku meczach Santosu.- spojrzałam na ciemno okiego chłopaka, który wciąż się do mnie cwaniacko uśmiechał. Miałam ochotę zdjąć ten jego uśmiech pięścią z twarzy. Piłkarze popatrzyli na mnie zaskoczeni. - Jestem Brazylijką.- posłałam im szeroki uśmiech.
- W takim razie co taka piękna pani robi w Hiszpanii?- spytał Alves. Znałam go jedynie z widzenia, bo grał w reprezentacji Brazylii. Czasem zdarzało mi się obejrzeć jakiś ważny mecz z tatą.
- Viv już jestem.- podeszła do nas szeroko uśmiechnięta Lola.
- Dobrze.- posłałam jej najszerszy uśmiech, jaki tylko potrafiłam. - Pan Bartomeu zaprosił mnie na mecz, co powiesz na wspólne wyjście?- spytałam. Zdążyłam już dowiedzieć się o jej miłości do tego klubu.
- Ty się jeszcze pytasz? To świetna wiadomość. Od małego im kibicuję. Gdy miałam dwa lata tata po raz pierwszy zabrał mnie na Camp Nou.- zaczęła mówić podekscytowana.
- W takim razie bardzo się cieszę.- oznajmił mężczyzna. - To już wszystko, jeśli chodzi o papiery?
- Wydaje mi się, że tak.- odpowiedziałam zgodnie z przypuszczeniem. - My już pójdziemy.- dodałam z uśmiechem, po czym pożegnałam się z trenerem i prezesem.
Gdy przechodziłyśmy przez tłum, poczułam jak czyjaś ręka ociera się o moje plecy, a następnie pośladki oraz nogi.
- Wiem, że mnie pamiętasz Vivi.- wyszeptał, czym po raz kolejny dzisiaj doprowadził mnie do wściekłości. Podniosłam dumnie głowę i poszłam za starszym mężczyzną. Fakt, że kiedyś byliśmy razem nie będzie wpływał na wyniki mojej pracy. Jestem profesjonlistką. Mam tylko nadzieję, że będzie trzymał się ode mnie z daleka.
Podpisaliśmy umowę, po czym wsiadłyśmy do samochodu i wróciłyśmy do budynku kliniki. Byłam rozkojarzona, więc postanowiłam zabrać pracę do domu. Wiem, że i tak bym się tu nie skupiła. Musiałam odpocząć po dniu pełnym wrażeń. Wracając z jedną z głównych ulic, dostrzegłam bilbord z twarzą właśnie tamtego niskiego piłkarza. Był to Iniesta. Teraz już wiem, skąd go znałam.
Zaparkowałam pod blokiem, zabrałam swoją teczkę pełną dokumentacji potrzebnej mi do sprawdzenia kogo muszę poprowadzić do końca, a kogo lepiej oddać współpracownikom. Dodatkowo wzięłam laptopa i weszłam do budynku. Otworzyłam windę, wcisnęłam przycisk z numerem piętra, na którym mieszkam. Drzwi już się zamykały, gdy ktoś zatrzymał je nogą. Do środka wbiegł chłopak z burzą jasnych loków na głowie.
- Jak dobrze, że zdążyłem.- westchnął zdyszany. Zapewne musiał biec. - O Viv! Mieszkasz tutaj?- zapytał zdziwiony.
- Tak od trzech miesiący.- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - A ty?
- Ja od półtora roku.- wcisnął przycisk z numerem piętra. - Piąte?- zaśmiał się na co przytaknęłam. - Ja na szóstym.
- W takim razie witam sąsiada z góry.- posłałam mu szeroki uśmiech. Rozległ się dźwięk oznajmiający otworzenie się drzwi. - Do zobaczenia Sergi.- wyszłam, kierując się w stronę własnego mieszkania.
- Do zobaczenia.- usłyszałam jeszcze jego ciepły głos.
Weszłam do środka zostawiając rzeczy na szafce w przedpokoju. Zdjęłam trampki i weszłam w głąb mieszkania. Przebrałam się w wygodniejsze ubrania i usiadłam na sofie z mocną kawą z dodatkiem mleka. Otworzyłam laptopa z zamiarem sprawdzenia i zaplanowania ostatnich zabiegów, lecz nie mogłam się skupić. Wspomnienia zaczęły wracać. Wiedziałam, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Nie uśmiechało mi się to, ale musiałam być profesjonalistką. W końcu życie prywatne nie powinno mieć wpływu na naszą pracę. Będę się zachowywała, jakby nic nigdy między nami nie zaszło. Najważniejsze, by nikt nie zauważył, a co gorsza dowiedział się, że kiedyś byliśmy blisko.



sobota, 7 listopada 2015

Prólogo


Nazywam się Vivienne De la Cruz, mam dwadzieścia trzy lata i jestem Brazylijką. Obecnie mieszkam w Barcelonie ze względu na pracę. Około trzy miesiące temu wyprowadziłam się z Brazylii, by pomagać ludziom w Katalonii. Wszystko za sprawą profesora Ambreu, który już od pierwszego roku studiów bardzo mi pomagał. Dzięki niemu pięcioletnie studia skończyłam w trzy lata, a teraz znalazł mi pracę w klinice w Hiszpanii. Jestem mu ogromnie wdzięczna za to co dla mnie robi. Nigdy nie spodziewałabym się, że ktoś może być dla mnie tak miły. Aby dalej się kształcić musiałam wyjechać do jednej z najlepszych klinik w Hiszpanii, zgodziłam się prawie natychmiast. W Brazylii nie trzymało mnie prawie nic, może pomijając moją rodzinę. Mama, gdy tylko się o tym dowiedziała wpadła w histerię, lecz obiecałam jej, że będziemy utrzymywać kontakt i zgodziła się. Tata, moja młodsza siostra Ana oraz brat Mateo od początku mnie wspierali. Cieszyłam się z tego, ponieważ mogłam liczyć tylko na nich. Nigdy nie byłam zbyt popularną, czy lubianą osobą, trzymałam się z dala od rozgłosu. Również nie miałam obecnie żadnego partnera, więc tak jak wcześniej wspominałam nic mnie tam nie zatrzymywało.
Od kiedy pamiętam, pasjonowała mnie anatomia człowieka. "Dr. House'a" znam na pamięć. Już w wieku dwunastu lat wiedziałam, że będę powiązana z medycyną. Uwielbiam swoją pracę. Fakt, może nie mam życia towarzyskiego, ale za to mam pracę, w której się spełniam oraz która sprawia mi radość. Moi współpracownicy są bardzo przyjacielscy i co najważniejsze nie istnieje tu coś takiego jak dobrze nam znany wyścig szczurów. Każdy szanuje każdego i wszelkie konflikty są likwidowane w zarodku. Kierownicy dbają o zdrowie stosunki międzyludzkie.
Barcelona jest pięknym miastem, które aż kipi od pięknych, zabytkowych budynków. Są one moją inspiracją. Lubię od czasu do czasu wyjść na spacer z książką, usiąść na ławce w parku i po prostu czytać w towarzystwie ciepłego powietrza jak i otaczającej mnie ciszy.
Tydzień temu zjawił się u nas prezes lokalnego klubu. Okazało się, że ktoś z nas będzie z nimi współpracował. Dyrektor wybrał mnie, mimo iż byłam tu prawie najkrócej. Trochę obawiam się tego zadania, bo wszyscy wiemy, jak bardzo rozkapryszone potrafią być sławne osoby. Poza tym to duża odpowiedzialność odpowiadać za zdrowie znanych i cenionych osób. Mam nadzieję, że sobie poradzę. Bo kto inny, jak nie Vivienne?